SPOTKANIE 5.

Muzeum Współczesne Wrocław, 21/10/2015

 

Jestem z miasta • Po co Wrocławiowi trzeci ratusz • Odtwarzanie wielkomiejskości • Ambicja przybyszów • Królewski pas startowy • Zaburzona sekwencja wnętrz • Apartamentowce w szczerym polu • Wysoka cena Kozanowa • Domy, nie bloki • Ząbkowice w formie i treści • Architektura, która dowartościowuje • Błogosławiona bieda

 

Anka Bieliz: Wiele miejsca poświęciliśmy dziś tematowi Placu Społecznego, który jest dla nas przykładem voidu totalnego – pozbawionego tak elementu semantycznego, jak i materii. W ostatnim konkursie na zagospodarowanie tego terenu pojawiły się trzy główne koncepcje. Pierwsza zakładała odtworzenie miejskiej tkanki i wykreowanie miejsca o charakterze mieszkaniowym. Druga proponowała połączenie Placu Społecznego z Parkiem Juliusza Słowackiego i stworzenie wrocławskiego „parku centralnego”, zadrzewionego terenu rekreacyjnego. Ostatnia to city – centrum usługowo-biurowe. Który z tych pomysłów przekonuje pana najbardziej?

Rafał Eysymontt: Najwłaściwsza wydaje mi się koncepcja zabudowy odwołująca się do planistycznej tradycji tego miejsca. Pomysł zazielenienia Placu Społecznego do mnie nie trafia. Jestem chłopakiem z miasta i uważam, że tam, gdzie miejsce dla zieleni, tam powinna się ona znaleźć, ale gdzie jest miasto – tam oczekuję zwartej zabudowy. Historyczne centrum Wrocławia otoczone jest pierścieniem zieleni, w odpowiednich miejscach są i obszary parkowe. Najbliższymi do Placu Społecznego parkami są ten na nabrzeżach Oławki, który należałoby lepiej zagospodarować, oraz bardzo interesujący, choć niezbyt popularny, Park Wschodni. Zlokalizowany między Muzeum Narodowym a Muzeum Architektury Park Słowackiego jest dla tego obszaru wystarczający – stanowi on swego rodzaju miejski skwer, którego charakter zatarty jest dziś niestety przez agresywne rozwiązanie komunikacyjne, z którym sąsiaduje. Gdyby przywrócić jednak właściwy ciężar funkcjonalny znany z dawnego Nowego Miasta, pierzeje uliczne, budynki, to Park Słowackiego stałby się wspaniałym zielonym skwerem, podobnym do tych, które znamy z najlepszych części Paryża czy Londynu. Ostatnia z koncepcji – nadanie Placowi Społecznemu charakteru centrum biznesowego o bardzo monumentalnej zabudowie – uczyniłaby z tego punktu miejsce bardzo osobne, wyabstrahowane, odcięłaby je kompozycyjnie i funkcjonalne choćby od przedmieść wschodnich, „Trójkąta”. Pewnym symbolem tej idei jest gmach „Nowego Ratusza”, na który już rozpisywano konkursy architektoniczne…

Głos z publiczności (Michał Duda): …wiodące prym na liście konkursów, z których na szczęście nic nie wyszło.

Rafał Eysymontt: Bardzo się cieszę, że tak pan uważa, bo myślę, że o ile politycznie był to pomysł dość symptomatyczny dla swego czasu – pojawił się w momencie, w którym panowało nieprawdopodobne wręcz przekonanie, że jesteśmy potęgą w amerykańskim stylu – to według mnie był jednocześnie zupełnie pozbawiony sensu. Budowanie trzeciego ratusza, gdy ma się już dwa całkiem niezłe, to plan, który odczytywać można jako nieco trochę arogancki.

Anka Bieliz: Czy rezygnacja z tych zakrojonych z rozmachem planów, wycofanie się z budowy wielu zaprojektowanych już wysokościowców, oznacza, że Wrocław wyleczył się z może nieco zbyt wybujałych ambicji stworzenia własnego city? A może te aspiracje są wciąż żywe?

Rafał Eysymontt: Myślę, że są miasta, w których dla zbudowania wrażenia miejskości elementy wysokościowe zdecydowanie są potrzebne. We Wrocławiu wciąż musimy to poczucie wielkomiejskości, naturalne dla jednego z największych ośrodków przedwojennych Niemiec, odtwarzać. Uważam, że Wrocław ze swoim bardzo charakterystycznym ukształtowaniem nie może sobie pozwolić na wieżowce od północy – tam rozlewa się Odra, mamy zabytkowy Ostrów Tumski. Natomiast kompletnie płaski krajobraz od pozostałych stron i brak jakichkolwiek „reperów” w planie dalszym umożliwiałyby planowanie zabudowy z większym rozmachem. Spójrzmy zresztą na miasta o podobnej do naszego skali, jak Wiedeń – w stolicy Austrii uznano, że za Dunajem, „o strzał kuli armatniej” od historycznego centrum, znajdzie się miejsce chociażby dla Donau Zenter i podobnych mu inwestycji. Myślę, że i we Wrocławiu w pewnym oddaleniu od Starego Miasta, takie znaki miejskości nie zaszkodziłyby, a mogłyby ją wręcz wzmocnić. Natomiast samo centrum z wszystkimi dominantami historycznymi należy bez wątpienia utrzymać w dotychczasowej skali. W dyskusji na ten temat istotny jest jeszcze jeden wątek: Wrocław to jest jednak miasto migrantów, w których żywa jest ambicja pozostawienia śladu swej obecności. Na Wystawie Ziem Odzyskanych Iglica Stanisława Hempla stanowiła symbol odzyskania – czy raczej „pozyskania” – tego miasta. I ta potrzeba, pomimo upływu 70 lat, jest wciąż żywa.

Kuba Żary: Ambicję tę konfrontuje pan jednak z „koniecznością odtwarzania tkanki urbanistycznej” – to sformułowanie podczas naszego dzisiejszego spotkania padało regularnie, choćby w kontekście wspomnianego już placu Społecznego czy placu Jana Pawła II. Czy uważa pan, że takie właśnie rozwiązanie byłoby najbardziej słuszne? Nie kreowanie tej przestrzeni na nowo, a odtwarzanie układu i skali znanych z Breslau?

Rafał Eysymontt: Dawny plac Królewski to w tym kontekście bardzo dobry przykład – przed Festung Breslau był znaczącą koncepcją urbanistyczną, a dziś to pustka, rozległy „pas startowy” dla samochodów i motocykli. Temu miejscu należałoby przywrócić jego istotę: charakter „przestrzeni wstępnej”, westybulu Starego Miasta. Podobną funkcję udało się po wojnie zrekonstruować, jeśli chodzi o plac Tadeusza Kościuszki. To kapitalne założenie zaprojektowane na początku XIX wieku, które otwiera całą sekwencję wnętrz urbanistycznych – kiedy z pociągu jadącego do Warszawy czy Poznania wyjrzeć w stronę centrum, trudno nie docenić tej pięknie zabudowanej osi. Osi niezwykle swoją drogą różnorodnej: rozpoczynającej się socrealistyczną, ale świetną, przypominającą koncepcje francuskie, Kościuszkowską Dzielnicą Mieszkaniową, potem kontynuowanej po lewej stronie Operą, po prawej Kościołem Bożego Ciała. Następnie mamy Kościół świętych Stanisława, Doroty i Wacława oraz Solpol, a dalej, w głębi, gmach główny Uniwersytetu Wrocławskiego. Analogiczna sekwencja mogłaby powstać od strony zachodniej. Natomiast miejscem na eksperymenty, realizację zupełnie nowych koncepcji jest choćby przestrzeń Wilhelmstadt, czyli Przedmieścia Południowego – aleja między Sky Tower a Hotelem Wrocław. Stoją przy niej budynki, które bardzo często są lekceważone, nierzadko tandetnie wykonane, ale idealnie opisujące tę część miasta, jak choćby Galeriowiec Juliana Łowińskiego. Z tym nie ma co walczyć.

Kuba Żary: Tyle że wizja miasta, którą pan roztacza – dążącego, skłaniającego się ku centrum – może sprawiać, że pozostałe jego części, między innymi właśnie południe Wrocławia, będą rozwijać się w chaosie. Tereny oddalone od Starego Miasta przez wiele lat były poligonem doświadczalnym architektów i urbanistów, strefą ścierania się wpływów urzędników i deweloperów. Ich status „dzikich pól” pozostał nienaruszony.

Rafał Eysymontt: Zastanawiam się – czy mogliśmy ominąć etap żywiołowego rozwoju budownictwa deweloperskiego? Poza impaktem urbanistycznym, stworzyło ono przecież też miejsca pracy, rozwinęło gospodarkę. Czy byliśmy w stanie uniknąć wysypu centrów handlowych? Zawsze byłem ich ogromnym wrogiem, ale może historia oceni ich powstawanie jako katalizator wzrostu. Spontaniczny rozwój miasta po 1989 roku, ogromne majątki, które powstawały z dnia na dzień, astony martiny, które nagle wyjechały na nasze ulice, apartamentowce wyrastające w szczerym polu, gdzieś na Ołtaszynie czy Wojszycach…. To była ogromna rewolucja. Wcześniej nie było przecież własności prywatnej i trzeba ją było, choćby w bólach i nie bez błędów, w jakiś sposób zbudować. Gdy się to działo, byłem temu przeciwny, ale z perspektywy czasu nie wiem, czy było to do uniknięcia. Nie wiem jednak też, czy odpowiedź na to pytanie jest tak ważna, jak zachowanie tego, co jest wartością sprawdzalną – serca miasta, którego znaczenie potwierdzone jest przez 750 lat historii.

Kuba Żary: Podczas jednego z naszych poprzednich spotkań padła teza, że powojenna pustka mogła być dla Wrocławia szansą: na wielkie projekty, całościowe rozwiązania, na wymyślenie miasta od nowa. Ale być może – pozostając jeszcze przez chwilę na południu – historia Centrum Południowego uczy, że w myśleniu o rozwoju miast takich jak Wrocław, nie ma miejsca na wielkie idee. Doświadczenie pokazuje, że dalekosiężne plany już po dekadzie dezaktualizują się i obumierają, a po wieloletnich projektach pozostają pojedyncze obiekty. W międzyczasie zaś pojawia się zupełnie nowa koncepcja i wszystko zaczyna się od początku…

Rafał Eysymontt: Każdy przykład jest inny, dlatego za każdym razem powinniśmy badać konkretne miejsce w określonej skali i sytuacji urbanistycznej. W przypadku Centrum Południowego realizacja wizji totalnej byłaby, moim zdaniem, możliwa – co jednak uda się osiągnąć, pokaże czas. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja koncepcji planistycznych, które powstawały na potrzeby realizacji założeń ustroju politycznego – myślę tu o osiedlach takich jak Popowice, Kozanów czy Nowy Dwór. To realizacje zajmujące ogromne przestrzenie, o skali rozwiązań całościowych, a że ich na ich kształt wpłynęły w większym stopniu doraźne potrzeby polityczne niż namysł architektoniczny czy urbanistyczny, to w przyszłości przyjdzie nam za to zapłacić wysoką cenę. Te kompleksy w perspektywie dwóch, może nawet jednego pokolenia, są w obecnym kształcie nie do utrzymania i  nastąpi moment, w którym będą one wymagały głębokiej interwencji. Wiele takich „wielkich koncepcji” doprowadzono do końca i nie wiem, czy była to dobra droga. Nowy Targ, na którym całościowo zrealizowano modernistyczny plan zabudowy, to przecież przestrzeń zdecydowanie mniejsza, a jakże dojmującą pozostaje wciąż pustką. To dziura w mieście, którą czujemy, a której nie da się niczym naprawić. W ostatnich latach kompletnie go przeprojektowano i przebudowano, co unaoczniło tylko, że jakiekolwiek środki włożymy w powierzchowne podnoszenie jego jakości, będą to środki zmarnowane.

Głos z publiczności: Czy istnieje więc szansa na ożywienie Nowego Targu? Od lat wspomina się o zrównaniu go z ziemią – ale czy to w ogóle możliwe?

Rafał Eysymontt: By przywrócić Nowemu Targowi miejskość, należałoby wykorzystać równolegle różne narzędzia. Celowym byłoby, żeby kilka budynków zrekonstruować – mówię o obiektach, w przypadku których czysta rekonstrukcja byłaby naprawdę nietrudna. Podobnie robiono we Frankfurcie, Poczdamie, w Berlinie, w całej Europie – rekonstrukcja powraca i poważnie dyskutuje się o niej na międzynarodowych konferencjach. Taki odtworzony fragment funkcjonowałby jako świadek historii tego miejsca. Powinniśmy również pozwolić na powstanie zabudowy innej niż bloki mieszkalne. Bo to właśnie jest główny problem: Nowy Targ wypełniony był zawsze wielorodzinnymi domami, stanowiący odrębne (także od siebie nawzajem) jednostki urbanistyczne, funkcjonalne, społeczne. Cała ta operacja jest możliwa. W poszukiwaniu przykładów moglibyśmy skierować wzrok w stronę Niemiec czy Francji, gdzie w podobnych przypadkach dotychczasowym mieszkańcom proponuje się lokale zamienne o lepszym standardzie, tyle że położone w innej lokalizacji lub tymczasową wyprowadzkę, a potem powrót do odnowionej przestrzeni. Być może nie jesteśmy na takie rozwiązanie gotowi ekonomicznie, ale to jeszcze nie powód, by za odpowiedź na problemy Nowego Targu uznawać malowanie ścian czy wymianę okien. Jeśli zachowamy tę strukturę miasta w jej obecnym kształcie, to zawsze będzie ona dziurą w miejskiej przestrzeni – jednym z głównych voidów Wrocławia.

Anka Bieliz: Jeśli mowa o kluczowych wrocławskich voidach, to wróćmy na chwilę w okolice Placu Społecznego. Przez wiele lat koncepcją na zagospodarowanie jego przedpola, czyli Osi Grunwaldzkiej, było stworzenie centrum akademickiego, łączącego kampusy trzech największych wrocławskich uczelni. Wspominał pan dziś o wizji „bram wjazdowych do miasta”. Czy powinny one pana zdaniem wyrosnąć także po tej stronie miasta?

Rafał Eysymontt: W czasach, kiedy Stefan Müller był jeszcze architektem miejskim, analizowaliśmy pewnego razu projekt domu towarowego dla centrum Wrocławia, który zwieńczony miał być dachem pilastym – „ząbkami”. Kiedy go zobaczyłem, wyrwało mi się: „O, Ząbkowice!”. Nie chodziło wbrew pozorom tylko o formę projektu, ale przede wszystkim o jego skalę – budynek taki idealnie odnalazłby się w mieście wielkości Ząbkowic Śląskich. Podobnie jest z pochodzącą z lat 60. zabudową pierwszej części placu Grunwaldzkiego. Mimo wartości architektury zaproponowanej przez Krystynę i Mariana Barskich, to – szczególnie, jeśli chodzi o pawilony wybudowane w pobliżu Mostu Szczytnickiego, po południowej stronie placu – wydaje się, że nie docenili oni skali Wrocławia. Podobnego błędu udało się uniknąć już w powstających na przełomie lat 80. i 90. według projektu Barskiego akademikach „Kredka” i „Ołówek”. One, wznosząc się odpowiednio na 85 i 70 metrów, stanowią dla mnie swego rodzaju zalążek bram, o które pani pytała. Przenieśmy się teraz na drugi kraniec osi Grunwaldzkiej – i znowu odwołam się do osobistego doświadczenia. Kiedy miałem może 8 czy 9 lat, dostałem aparat Start, a że zawsze interesowała mnie architektura, to pierwsze zdjęcia, jakie w życiu zrobiłem, dokumentowały pokazujące rozbiórkę czynszowych kamienic i budowę w ich miejscu „Hawrylaków”. Jako dziecko byłem tą nowoczesnością zachwycony, kibicowałem gorąco Gierkowi i wszystkim tym powstającym „Wisłostradom”. Później moje poglądy na ten temat oczywiście trochę się zmieniły i dziś nie uważam, żeby realizacja tych 15-piętrowych punktowców była jakimś nadzwyczajnym osiągnięciem na międzynarodową skalę. One z ducha są corbusierowskie, więc nawet po remoncie będą miały typowe, wskazane już przez Houellebecqua wady podobnych im osiedli. Jednak jeśli istnieje możliwość ich uratowania, to oczywiście chciałbym, żebyśmy mogli w końcu zobaczyć je w bieli, czyli takimi, jakimi wymyśliła je Jadwiga Grabowska-Hawrylak. Sama część centralna placu Grunwaldzkiego, Rondo Reagana z Pasażem Grunwaldzkim, wyjazd w kierunku mostu Zwierzynieckiego, to moim zdaniem jedno z najładniejszych miejsc we Wrocławiu. Muszę zdradzić, że gdy mam zły nastrój, potrafię wsiąść w autobus czy tramwaj, żeby tam pobyć. To miejsce we Wrocławiu, w którym człowiek czuje się dowartościowany.

Kuba Żary: Podczas całego cyklu zastanawiamy się, czym właściwie miejskie pustki są. I dochodzimy do wniosku, że bardzo często mają one jednoznacznie negatywny wpływ na tkankę miasta. Czy są plany, które przez ostatnie 70 lat nie doszły do skutku, a których powinniśmy żałować?

Rafał Eysymontt: Bardzo dobrze, że byliśmy zbyt biedni, by zrealizować niektóre spośród koncepcji, które pojawiały się w latach 60., 70. i 80. A jeśli już udawało im się urzeczywistnić, to najczęściej na obszarach zewnętrznych, łatwiejszych do przeobrażenia niż Stare Miasto – poza może jednym miejscem, którego nazwa już dzisiaj padła… Możemy chyba żałować Centrum Południowego – to, co tam teraz powstaje, to architektura absolutnie nie jest na miarę tego miejsca. Zawód ten rozciąga się i na Sky Tower, który jest tylko malutkim fragmentem tego, co pierwotnie miało w tym miejscu powstać. Szkoda też niektórych koncepcji dotyczących obszarów poprzemysłowych, które pokazywały możliwość wykorzystania dawnych fragmentów zabudowy dla stworzenia nowych jakości architektonicznych. Gdyby z sukcesem je zrealizowano, mogłyby stać się głosem w dyskusji nad kształtem rozbudowy Wrocławia. Przecież to miasto, w którym zabytkowe pozostałości wciąż widoczne są na każdym kroku. Nasza „nowoczesność” zawsze jest doklejana do jakiejś „dawności”.