Muzeum Współczesne Wrocław, 15/07/2015
Nie „czy”, ale „jak” • Wolność kontra bezpieczeństwo • Bardzo stary kod (a działa) • Zwrot ku miejskości • Brakuje nam wizji • Pusta kartka to wyzwanie • Nasycanie śródmieścia zdrową architekturą • Kto zapłaci za eksperymenty? • Nie lubimy nowości i zmian • Właściwe miejsce na świecie
Anka Bieliz: Na początku dekady aktywistka miejska Joanna Erbel w książce „Miasto, pustka i powierzchnia skóry” pisała: „Pusta przestrzeń domaga się całościowych skończonych projektów. (…) Paraliżuje działanie w taki sam sposób, w jaki pusta kartka utrudnia myślenie. Pusta przestrzeń jest czystą potencjalnością, która domaga się wizji całościowego jej zagospodarowania”. Odwołała się tym samym do koncepcji horror vacui – strachu przed pustką, dodajmy, szeroko rozpowszechnionego nie tylko wśród odbiorców, ale i twórców architektury. Klasyk neomodernistycznego minimalizmu, architekt Luigi Snozzi, zwracał się do swoich studentów: „Architektura jest pustką, którą ty masz zdefiniować”…
Tomasz Głowacki: Nie rozumiem obawy przez brakiem w przestrzeni. Życie nie znosi pustki i stąd nie powinniśmy się jej bać – ona zawsze dąży do zapełnienia. Jako architekt i mieszkaniec Wrocławia widzę konieczność uzupełniania struktur miasta, nie odczuwam jednak zagrożenia z powodu tego, że pewne przestrzenie są obecnie puste. Wypełnienie luk w mieście treścią, tożsamością wcale nie jest trudne. Chodzi nie o to „czy”, ale raczej „jak” uwolnioną od zabudowy powierzchnię będziemy organizować.
Anka Bieliz: Czy w takim razie ambiwalentna, niezapełniona przestrzeń ma szansę funkcjonować w mieście na równych prawach? A może jest skazana na wrogie traktowanie przez mieszkańców i rolę intruza?
Tomasz Głowacki: Każdy człowiek potrzebuje zarówno niezdefiniowanej „przestrzeni”, jak i określonego „miejsca”. Pustka w otoczeniu zaspokaja potrzebę wolności, miejsce – bezpieczeństwa. Ważne, by między tymi dwoma wartościami panowała równowaga. Nie możemy wszystkiego oznaczyć, nazwać, wypełnić, a na koniec zabezpieczyć drutem. Pewna ilość dzikiej przestrzeni – gdzie w nieskrępowany sposób rozwija się natura, historia dosłownie wyziera spod ziemi, w której możemy szukać czegoś bardziej spontanicznego i brudnego – jest konieczna jako furtka do niezależności. Oczywiście nie znaczy to, że miasta nie należy planować, ale ostrzegam przed pragnieniem zagospodarowania każdego metra kwadratowego. Dostrzegam potrzebę uświadamiania sobie istoty i znaczenia pustki, jej afirmowania – choćby z takich pragmatycznych pobudek, by w przyszłości uniknąć podobnych sytuacji jak niedawne protesty mieszkańców ulic Widok czy Andrzeja Frycza-Modrzewskiego. Gdybym mieszkał na takim podwórku, też chciałbym, żeby ten przestrzenny „oddech” był chroniony i nie został wypełniony kolejną zabudową. Zbyt intensywne dogęszczanie kwartałów może cofnąć nas o 100 lat, kiedy dziedzińce kamienic były dusznymi i ciemnymi studniami.
Głos z publiczności: Jednym z głównych argumentów, który pojawiał się w kontekście zabudowania skweru przy ulicy Widok, było przywracanie historycznej pierzei. Jak jednak „pierzejowość” ma się do tych dwudziestowiecznych „pudełeczek”, które tam obecnie stoją?
Tomasz Głowacki: Ciągła linia zabudowy jest pewnym wzorcem, który został w nas wdrukowany przez miasta średniowieczne. I jako wrocławianin, Europejczyk, uważam, że nie ma w tym nic złego – ja czuję się w aglomeracjach o klasycznej urbanistyce lepiej niż chociażby w miastach amerykańskich. Pierzeje porządkują przestrzeń, mówią: tu jest ulica, tu plac, tutaj jest część publiczna, a tu już nie. To oczywiście bardzo stary kod, ale taki, który wciąż działa. Część architektów stawia sobie za cel jego redefinicję, inni, choćby reprezentanci zrodzonego w latach 80. w Stanach nowego urbanizmu, w XXI wieku budują miasta według XIX-wiecznych wzorców. Unikałbym jednak radykalnych ocen, które podejście jest dobre, a które nie. To zależy nawet nie od uwarunkowań konkretnego przypadku, ale od tego, jakiej jakości będzie ostateczna realizacja. Miasto to żywy organizm, którego zabudowa powinna być racjonalna, pozwalać mieszkańcom na wygodne funkcjonowanie – musi więc zapewniać choćby odpowiednie nasłonecznienie czy ilość powietrza. Wydaje się, że model europejski odnosi na tym polu większe sukcesy – do niedawna w USA „święte prawo własności” sprawiało, że obok parterówki zbudować można było wieżowiec. Powoli się to jednak zmienia i amerykańskie miasta, takie jak Boston, adoptują europejskie regulacje wraz z ich ograniczeniami, które powodują, że przestrzeń jest bardziej uporządkowana, estetyczna i przyjazna.
Kuba Żary: Jak taki klasyczny układ miasta sprawdza się w konfrontacji z aktualnymi pomysłami planistycznymi? W dyskusjach o Nowym Targu powraca pytanie, dlaczego dawny „trzeci rynek Wrocławia” dziś nie przyciąga mieszkańców, stracił swe znaczenie. Jedna z postawionych tez zakłada, że przyczyna tego stanu ma charakter urbanistyczny – zaburzenie planu i otwarcie dawniej kameralnego placu na wschód całkowicie zmieniło jego odczuwanie i pozbawiło go nie tylko uroku, ale i poczucia bezpieczeństwa.
Tomasz Głowacki: Obserwuję to miejsce i widzę, że przy ładnej pogodzie wiele osób wykorzystuje tę przestrzeń na odpoczynek, jako miejsce do rozmowy czy lektury. I wcale nie jest potrzebna fontanna – z Neptunem czy w nowoczesnej formie – by to miejsce ożywić. Jednocześnie, by miejsce przyciągało stale, musi być nasycone funkcjami, choćby przez powiązanie go z usługami. Na Nowym Targu tylko jedna ściana je oferuje, pozostałe definiowane są przez Urząd Miejski i wejścia klatek schodowych prowadzących do mieszkań. Czwartej ściany właściwie nie ma, bo to właśnie ona jest tą odsunięta pierzeją. Określone proporcje otwarcia i zamknięcia są bardzo ważne i wynika to z naszych podświadomych uwarunkowań do oceny przestrzeni. Nowy Targ przebudowywany był w duchu urbanistyki modernistycznej, dziś jesteśmy już uczeni zupełnie innego planowania. Zwróciliśmy się na powrót ku miejskości – czujemy szacunek dla historycznej struktury miasta, która wpisana jest w naszą percepcję miejskiej przestrzeni i, choć nie robimy tego schematycznie, tam, gdzie to możliwe, to właśnie do niej odwołujemy się w dzisiejszych projektach.
Kuba Żary: Czy działania podejmowane dziś wokół ulicy Kazimierza Wielkiego odczytywać można jako przykład wspomnianego przez pana zwrotu ku miejskości? Przecinająca centrum trasa W-Z była realizacją modnej w drugiej połowie XX wieku wizji urbanistycznej, po latach jawi się jednak jako wyrwa dzieląca Stare Miasto na dwie części. Trudno uznać ją za rozwiązanie wzmacniające miejski charakter otoczenia czy choćby przyjazne dla użytkowników – stąd przebudowa Przejścia Świdnickiego czy plany wyłączenia dużej części wrocławskiej trasy średnicowej z ruchu i zmiany jej w zielony deptak.
Tomasz Głowacki: To, że nie możemy przedostać się przejściem podziemnym na drugą stronę ulicy wcale nie jest wygodniejsze, nie jest też wizjonerskie – to po prostu brak odwagi, ale i pieniędzy, żeby, podobnie jak robi się to na całym świecie, komunikację kołową zlokalizować pod ziemią, a powierzchnię pozostawić pieszym i rowerom. Nie oszukujmy się: dziś, i to nie tylko w tym punkcie miasta, brakuje nam jakiejkolwiek wizji. Wciąż opieramy się na planach, które stworzyli w przedwojennych konkursach planiści niemieccy – planach, które były metodycznie wprowadzane w życie, aż do momentu, w którym pokrzyżowała je historia. Musimy mieć świadomość, że świat wokół się zmienia, a rozwój Wrocławia wciąż wyznaczają wzorce, które opracowano niemal wiek temu. Gdy patrzę na szerokość ulic, które wtedy projektowano i korelujące z nimi założenia parkowe, jestem pełen podziwu. Proszę pamiętać, że w czasach, kiedy po Wrocławiu jeździły może trzy samochody, w szczerym polu sadzono szpalery drzew, które wyznaczać miały trasy planowanych szos. Ówcześni urbaniści wiedzieli, że projektują miasto, które w pełni zaistnieje za wiele dekad, myśleli o pewnych rozwiązaniach na sto lat do przodu. Czy i my potrafimy patrzeć tak dalekosiężnie?
Kuba Żary: Podczas całego projektu przyglądamy się miejscom, które straciły dawne, przedwojenne funkcje, a nie udało się nadać im nowych znaczeń. Czy przeszłość osieroconej przestrzeni jest istotnym elementem w procesie projektowym mającym ją na powrót zapełnić? A może powinniśmy patrzeć na nią jako na czysty potencjał?
Tomasz Głowacki: Najtrudniejsze są projekty, które ograniczeń mają mało – pusta kartka zawsze stanowi największe wyzwanie. W rzeczywistości takich sytuacji właściwie jednak nie ma. Zawsze dopisujemy słowo do zdania, które rozpoczął ktoś inny, a robiąc to, zmieniamy jego sens, a więc i cały kontekst miejsca również dla przyszłych architektów. Oczywiście, że uwarunkowania historyczne są istotne. Trzeba zbadać historię danego miejsca, dowiedzieć się, dlaczego tak wyglądało, może i nawet wrócić do zapomnianego już rozwiązania. Ja wciąż dopominał się ringu, którego koncepcję stworzyli jeszcze niemieccy planiści, a my ciągle, ze szkodą dla komunikacji w mieście, nie możemy go ukończyć. Nie powinniśmy jednak ulegać dogmatyzmowi mówiącemu, że rozwiązanie przyjęte w przeszłości jest tym najlepszym i ostatecznym. Mam wrażenie, że duża część społeczeństwa przyjmuje pewne schematy bezkrytycznie tylko dlatego, że zostały one stworzone przed wojną, jeszcze w Breslau. Są takie sytuacje, w których zmuszeni jesteśmy do ślepej wierności historycznym planom, ze względu chociażby na niezrozumiałe dla mnie decyzje konserwatorskie stanowiące, że budynek ma wyglądać dokładnie tak, jak prezentował się sto lat temu. Zamknięci w pojęciach i historiach, które stworzył ktoś inny, nie będziemy mieli szansy na rozwój. Każde pokolenie i każdy z nas z osobna musi – bazując na spuściźnie przeszłości – szukać własnych wartości, określać się na nowo. Może więc to właśnie pusta przestrzeń daje szansę na coś nowego. Daje potencjał rozwoju.
Kuba Żary: Podobne głosy, mówiące, że pustka, która zawitała do Wrocławia po wojnie była tak naprawdę ogromną szansą, pojawiły się i podczas naszego ostatniego spotkania, które poświęcone było tematowi ruiny w mieście. Kontrowane były jednak przez innych uczestników spotkania, którzy mówili: wtedy była szansą, ale dziś jest już moment, żebyśmy zastanowili się, jak ją wykorzystaliśmy. Czy uważa pan, że potencjał, jakim była powszechna we Wrocławiu pustka, został dobrze spożytkowany?
Tomasz Głowacki: Wiadomo, że z dzisiejszej perspektywy łatwo jest uznać, że została wykorzystana źle. To jednak zależało nie tylko od świadomości ówczesnych projektantów, ale i odpriorytetów władz. Decyzje dotyczące zagospodarowania przestrzeni, niezależnie od panującego ustroju, są nie tylko wynikiem namysłu architektonicznego, urbanistycznego czy społecznego, ale i narzędziem w rozgrywkach politycznych czy rezultatem możliwości ekonomicznych. Są takie części Wrocławia, jak chociażby Kępa Mieszczańska, które mogłyby być wzorcowo zabudowanym fragmentem miasta, a wciąż nie wiadomo, jak będzie przebiegała jej parcelacja i zabudowa.
Kuba Żary: Czy są we Wrocławiu voidy, które wymagają niemal natychmiastowej interwencji?
Tomasz Głowacki: Uważam, że w pierwszej kolejności należy uzupełniać zabudowę obszarów leżących blisko centrum miasta. Choć sam ten projekt współtworzę, jestem przeciwny koncepcji zlokalizowanej na peryferiach „nowej WuWy”. Jest wiele mniej odległych terenów, które w pierwszej kolejności powinniśmy nasycić miejskością. Zdecydowanie bardziej priorytetowe niż budowanie (choć wciąż nie wiadomo, co z tego wyjdzie) miasta, w miejscu, którego zagospodarowanie nie będzie konieczne jeszcze przed wiele lat, jest nasycenie śródmieścia zdrową architekturą. To, jak definiować tę „zdrową tkankę”, warunkowane jest etapem rozwoju, na jakim znajduje się miasto. We Wrocławiu można dziś myśleć o budowie wieżowców, nie jest to jednak moment na tworzenie city. Mimo że każde miasto chciałoby mieć swój Manhattan, stolicy Dolnego Śląska nie jest on potrzebny. Być może wysokościowa dzielnica biznesowa stanie się koniecznością za dekadę, może za lat 30 – ale i to pod warunkiem, że w takim właśnie kierunku będziemy się rozwijać. W międzyczasie jest wiele innych sposobów na wzmacnianie charakteru miasta, bez uciekania się do fasadowych pozorów wielkomiejskości.
Anka Bieliz: Kształt Nowych Żernik, o których pan wspomniał, dla wielu zainteresowanych tematem wrocławian jest rozczarowaniem. Zapowiadano nową jakość, tymczasem, biorąc pod uwagę choćby aspekty estetyczne czy funkcjonalne, osiedle to nie będzie żadnym eksperymentem, a odtwarzaniem rozwiązań, które od wielu lat funkcjonują za granicą. Wiele z planowanych realizacji mogłoby być plombami w centrum miasta i może nawet lepiej sprawdziłoby się w takiej właśnie roli. Z czego wynika to, że duże grono wiodących architektów nie chciało przetestować nowych sposobów myślenia o przestrzeni?
Tomasz Głowacki: Architekci lubią eksperymentować, ale za te poszukiwania ktoś musi jeszcze chcieć zapłacić. WuWa z 1927 roku finansowana była przez miasto. Dzisiejsze „modelowe osiedle” wybudowane ma zostać przez deweloperów, którzy mieszkania na nim będą chcieli sprzedać i na tym zarobić. Nie ma więc mowy o żadnym eksperymencie, bo żaden inwestor nie zdecyduje się na radykalne, nieszablonowe rozwiązania, bo po pierwsze – potencjalnie znacznie podniosłoby to koszty realizacji projektu, a po drugie – stwarzałoby ryzyko, że chętnych do mieszkania w takich nietypowych realizacjach będzie mniej. Bo jako użytkownicy architektury co do zasady nie lubimy nowości i zmian. Proszę zauważyć, że bardzo rzadko udaje się zrealizować eksperyment, który spotyka się z pozytywnym odbiorem społecznym. Zazwyczaj jest tak, że założenia, których budowa wymagała najwięcej odwagi, docenione zostają dopiero po upływie wieku. Tak było choćby z wieżą Eiffla – paryżanie jej nie cierpieli i się jej wstydzili, dziś jest ikoną.
Kuba Żary: Ucieszyła mnie obecność w pana wywodzie Placu Społecznego – flagowego przykładu dojmującej miejskiej pustki. Kiedy dyskutowano o tym, jak można by go było zagospodarować, pojawiły się trzy propozycje. Pierwszą było wrocławskie city; drugą, której realizację zapowiedział magistrat, dzielnica mieszkaniowa odtwarzająca układ i charakter przedwojennej zabudowy; trzecia koncepcja zakładała utworzenie tam parku. Czy pana zdaniem, by ta niezagospodarowana połać terenu zaczęła dla mieszkańców pozytywne znaczenie, potrzebna jest dramatyczna interwencja, czy może da się ją przywrócić miastu bardziej subtelnymi środkami?
Tomasz Głowacki: Wszystko zależy tu od aktywności społecznej. Jeżeli spojrzymy na Berlin, gdzie tworzą się oddolne samorządowe organizacje, które zarządzają kawałkiem przestrzeni i jeszcze potrafią na swoją działalność pozyskiwać miejskie fundusze, to można odnieść wrażenie, że wystarczy mieszkańcom nie przeszkadzać. We Wrocławiu impuls wskazujący, jak miasto kształtować, zazwyczaj wychodzi z góry. Jednak i u nas coś się zaczyna zmieniać: w przypadku Wyspy Słodowej to obywatelska akcja uchroniła kamienicę przed wyburzeniem. Takie momenty są istotne, bo pozwalają mieszkańcom utożsamiać się z pewnym fragmentem miasta. To dobrze, bo wtedy pustka może stać się miejscem. Takich zjawisk powinno być jak najwięcej, bo wtedy miasto żyje, a my czujemy, że mieszkamy we właściwym miejscu na świecie.