Muzeum Współczesne Wrocław, 24/06/2015
Gdzie te ruiny? • Pogórze wrocławskie • Rozszerzanie kategorii • Powojenny świat fantazji • Gruzy łatwiej oswoić • Inspirujący dynamizm • Pamiętajmy o ogrodach • Zielony Wrocław • Odświętne czytanie miasta • Jedna wielka pustka • W poszukiwaniu straconego czasu
Kuba Żary: Szczątki dawnego Breslau mogą pomagać w budowaniu lokalnej tożsamości w tym nowym dla Polaków mieście, ale tożsamości opartej na historii neutralnej, takiej która mogłaby stać się udziałem każdego – wskazała pani w swoim wywodzie. W latach powojennych widok ruin we Wrocławiu był powszechny. Kiedy jednak dziś chodzi się po ulicach miasta, ruin w sensie dosłownym widzi się niewiele. W jaki sposób temat ten wciąż może być aktualny? Czy ruinami możemy nazwać brukowane uliczki biegnące środkiem pustki lub prowadzące donikąd torowiska – czyli bardzo subtelne ślady dawnego kształtu miasta?
Renata Tańczuk: Moja przyjaciółka, która przeprowadziła się z południa Polski do Wrocławia w latach 60., opowiadała, że kiedy w tamtych czasach jeździła tramwajem przez centrum miasta, czuła się jak u siebie w górach, bo nieusunięte gruzowiska zdążyły się już przez lata zazielenić i wyglądały jak wzgórza wzdłuż doliny, którą biegło torowisko. Takie doświadczenie ewidentnych ruin jest już nam oczywiście obce. Śladów dawnego zrujnowanego Breslau trzeba raczej szukać – co nie znaczy, że ich nie ma. Znajdziemy je choćby w wystających ze ślepej ściany kamienicy szczątkach dawniej przylegającego do niej budynku. To także przebijające się przez kolejne nawarstwienia farb dawne niemieckie szyldy. Ruin jako takich stoi we Wrocławiu już niewiele, ale przemierzając chociażby ulicę Szczęśliwą zauważa się, że pustki i przestrzenie pospiesznie zapełniane plombami, blokami, które można było natychmiast zasiedlić, dają poczucie, że jest się mieście, które jest, jeśli nawet nie ruiną, to na pewno miejscem bardzo chaotycznym.
Głos z publiczności (Albert Miściorak): Nie ma ruin wojennych, ale są inne. Jeżeli za kluczową cechę ruiny uznamy to, że straciła ona swoje znaczenie, to do kategorii tej zaliczyć można choćby wiele wrocławskich kamienic, które utraciły swą pierwotną wartość reprezentacyjną. W tym sensie można w nich upatrywać ruin i dlatego, moim zdaniem, we Wrocławiu jest ich wciąż bardzo wiele.
Kuba Żary: Na pewno możemy we Wrocławiu mówić o istnieniu obszarów zdegradowanych, nie jestem jednak pewien, czy nazwalibyśmy je dziś ruinami. Nie chodzi przecież jedynie o utratę znaczenia, ale i funkcji. To, co dawniej określalibyśmy jako ruinę, dziś zyskuje miano pustostanu i zmiana ta związana jest również z okolicznościami – w przypadku wspomnianych kamienic ich stan wynika nie tylko z dramatycznej sytuacji wojennej, ale raczej z naszego niewłaściwego gospodarowania zasobami miasta.
Anka Bieliz: W tym momencie warto wrócić do definicji ruiny. Z czysto konserwatorskiego punktu widzenia jest ona pozostałością obiektu, który dąży do upodobnienia się do otoczenia. Coraz częściej spotykane jest jednak proste definiowanie ruiny jako miejsca opuszczonego, choćby i było ono obiektem współczesnym. Czy możemy mówić o rozszerzaniu kategorii ruiny?
Renata Tańczuk: We współczesnej refleksji ruiny to również pustostany, o których pamięć dziś pytamy. Na przykład amerykańska antropolożka i historyczka Ann Laura Stoler, kiedy pisała o ruinach imperialnych, rozumiała je właśnie w tym szerokim sensie. Również w archeologii, jak robi to choćby Dawid Kobiałka, podejmuje się badania nad współczesnymi ruinami, także poprzemysłowymi. Odchodzimy już daleko od myślenia typowego dla historii sztuki, zgodnie z którym w kontekście ruin pytamy głównie o wartości estetyczne. W dzisiejszej refleksji próbuje się odczytać, jak miejsca te wpływają na nas, jaka jest ich historia, kto je stracił i na rzecz kogo, dlaczego są w stanie rozkładu, jak się je wykorzystuje. Dziś, sądząc po tekście Stoler „Rozkład pozostaje. Od ruin do rujnacji”, pisze się raczej polityczną i społeczną historię ruin niż historię estetyczną. Sądzę, że można również wskazać na potencjał subwersywny tych obiektów.
Głos z publiczności (Tomasz Mikołajczak): Berliński Kaiser-Wilhelm-Gedächtniskirche jako kościół-ruina upamiętnia okrucieństwo wojny, świadomie przenosi więc sensy społeczne. We Wrocławiu nie ma takiego obiektu. Mógłby nim być obecnie adaptowany na Muzeum Teatru fragment nieodbudowanego ze względów politycznych Pałacu Królewskiego przy Placu Wolności. Jednak, co ciekawe, konserwatorzy starają się w miejscu dawnego pałacowego skrzydła dokopać do szczątków fortyfikacji średniowiecznych, dopisując tym samym kolejny rozdział do PRL-owskiej narracji piastowskiego Wrocławia. Jako historyk sztuki widzę potencjał estetyczny ruiny, ale nie da się dyskutować z tym, że kwestie polityczne są dziś również jej niezwykle ważnym elementem.
Kuba Żary: Spory definicyjne cechują dyskurs akademicki – jak przekładają się one jednak na życie miasta i jego mieszkańców? Biorąc za przykład naszą dzisiejszą bohaterkę – czy potencjał mnemotechniczny dawnej Augustastrasse jest realizowany? Czy wrocławianie zastanawiają się dlaczego zamiast jednej ulicy mamy dziś pięć i czy ma to dla nich jakiekolwiek znaczenie?
Renata Tańczuk: Jeśli mowa o pamięci nieuświadomionej, mimowolnej czy pamięci ucieleśnionej, to oczywiście nikt na co dzień nie zadaje sobie pytań, co stało w miejscu, w którym teraz jest targowisko. Korzystamy z niego, tak jak korzystamy z innych placów, które są niezagospodarowaną przestrzenią niczyją – mogą być dobrym miejscem na spacery (w badaniach dotyczących miasta mieszkańcy często wspominają miejsca, w których spędzali czas wolny) albo choćby parkingiem. Potencjał mnemotechniczny ujawnia się wtedy, gdy pustki te tracimy. Mieszkańcy okolic Sky Towera nie mogą już wyjść na spacer z pieskiem na sąsiedni placyk, bo został on zabudowany – i nagle pustka została uświadomiona, została przywołana w pamięci.
Głos z publiczności (Izolda Topp-Wójtowicz): Warto zwrócić również uwagę na to, że znaczenie ruiny i pustki jest dziś inne niż krótko po wojnie. Pamiętam zabawy na gruzach – to było coś fascynującego. W oczach dzieci ruiny to był świat fantazji. To, co później zaserwował nam już jako dorosłym Marek Krajewski, wtedy było żywym doświadczeniem – dotykaniem, wydobywaniem strzępów przeszłości z rumowisk. Kluczowe było jednak – zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych – że obcowaliśmy z rudymentem. Kiedy natomiast tę fragmentaryczność zastępujemy żądaniem pamięci o mieście jako całości, robimy coś niebywale sztucznego. Dla tych, którzy przyjechali do Wrocławia po wojnie, to, że miasto było w znacznej mierze zrujnowane i nie jawiło się jako kompletny byt przynależny obcej kulturze, umożliwiało oswojenie go. Ruina była zdekonstruowaną całością również pod względem sensu, była szansą na to, by lepiej się tu odnaleźć. I dotyczy to tak całego miasta, jak i tego, co działo się w zachowanych kamienicach, w mieszkaniach. Ludzie, którzy wchodzili po 1945 roku w całkiem gotowy świat, który nie był ich światem, czuli się w takim otoczeniu fatalnie – i dlatego na rozmaite sposoby je destruowali. Doświadczenie obcości przestrzeni było tym bardziej dominujące, im bardziej była ona kompletna. Warto upomnieć się o myślenie o pustce i ruinie jako czymś, co jest szansą ze względu na możliwość zapełnienia. Możliwość, która w mieście mniej zrujnowanym, się nie pojawia. W latach 90. mówiło się, że w pustych połaciach tkwi potencjał, że we Wrocławiu choćby postmodernizm jest jak najbardziej na miejscu, bo to miasto, które się dopełnia. Przywołana ulica Szczęśliwa rzeczywiście wygląda wyjątkowo nieszczęśliwie, ale gdyby w odpowiednim czasie zająć się nią kompleksowo, to mogłoby tam powstać coś wielkiego, bo była tam przestrzeń na szeroko zakrojony projekt. Im więcej było pustek, tym więcej nowych możliwości one otwierały. Narracja oparta o ciągłość pamięci jest tylko jedną, i to dość elitarną, z możliwych perspektyw.
Renata Tańczuk: Wielkie nieszczęście miasta, niemal całkowite zniszczenie, można przekuć w coś twórczego – we wrocławskiej przestrzeń tkwi potencjał rozwoju, przekształcenia. Ten dynamizm może być bardzo inspirujący.
Głos z publiczności: Była tu mowa o szansie, jaką dla miasta były i są pustki – mnie się wydaje, że należy zacząć pytać o to, jak tę szansę wykorzystaliśmy. Ten problem nasuwa się mimowolnie i jest bardzo ważny, jeśli chodzi o identyfikację z przestrzenią, w której funkcjonujemy i sympatię do niej. Kiedy patrzymy na pocztówki przedstawiające dawne Breslau, rzędy pięknych kamienic, to obraz miasta, który się z nich wyłania, wydaje się idealny i dziś poruszając się w chaotycznej przestrzeni Wrocławia za tym ideałem tęsknimy.
Głos z publiczności (Tomasz Mikołajczak): Zbyt chyba łatwo posługujemy się wymiennie terminami pustka i ruina. Moim zdaniem są to biegunowo różne jakości. Ruina jest czymś nienaturalnym dla tkanki miasta, czymś niepożądanym, wypieranym. Szybko przekształca się w pustkę właśnie po to, by miasto nie straszyło nowotworem pogorzelisk i dlatego tych pojęć nie można traktować synonimicznie. Mieszkając przy ulicy Pabianickiej, odczuwam ten wcześniej wspomniany chaos, dysharmonię. Nie chciałbym się jednak z „zielonych” Krzyków przeprowadzić na Nadodrze, gdzie, dlatego że front ruszył od południa, wszystko świetnie się zachowało, ale z tego powodu jest też bardzo silnie poddane degradacji w XIX-wiecznym stylu. Nie gloryfikowałbym więc eklektycznej architektury przedwojennego Breslau – Krzyki dzięki temu, że zostały całkowicie przekształcone i zmodernizowane, zyskały pewną wygodę mieszkania, nawet pomimo socmodernizmu, którym uzupełniono zabudowę.
Głos z publiczności (Albert Miściorak): Zastanawiam się, czy, jeśli chodzi o potencjał mnemotechniczny, krzyckie pustki nie odsyłają do etapu wcześniejszego niż ten, o którym dziś mówimy. Ulica Szczęśliwa powstała w wyniku XIX-wiecznego rozwoju przedmieść południowych – zanim on nastąpił w przyłączonej później do miasta wsi Krietern mieszkali i pracowali głównie ogrodnicy. Pamięć związana z tymi pustkami może więc być czymś paradoksalnym, co przez wymazanie późniejszej urbanizacji pozwala odwoływać się do dawnej, rustykalnej przeszłości Krzyków. Czy pomysł na zagospodarowanie luk musi polegać na rekonstruowaniu pamięci przedwojennej? Czy nie można byłoby uruchomić wyobraźni i sięgnąć głębiej?
Renata Tańczuk: Daleka byłabym od przywracania wszystkiego, co było tu przed 1945 rokiem. Jest to zresztą niemożliwe, choć przecież działania rekonstrukcyjne były i są w różnych częściach miasta podejmowane. Absolutnie nie gloryfikuję wspomnianego przed chwilą eklektycznego charakteru miasta, ale tęsknota za dawnym bez wątpienia pojawia się u części mieszkańców, kiedy przeglądając stare fotografie z nostalgią wzdychają: „Ale pięknie było”. Dla wielu przyjeżdżających do Wrocławia w latach 70. czy 80. Wrocław był jednak przede wszystkim miastem zielonym, pełnym parków, skwerów, przestrzeni spacerowych. Tych miejsc jest dziś coraz mniej. Może rzeczywiście dobrze byłoby uruchomić wyobraźnię i zamiast zabudowywać cenne lokalizacyjnie wyrwy w centrum bardzo gęstą zabudową, dążyć do uatrakcyjnienia ich, ale pozostawić je zielonymi. Chciałabym zapytać najmłodszych uczestników dzisiejszego spotkania – czy dla państwa przywoływanie dawnego Breslau ma jakikolwiek sens? Czy sięganie do tej pamięci jest istotne? Czy potrzebują państwo jakoś oswajać przestrzeń tego miasta?
Głos z publiczności (Joanna Pańciuchin): Nas, chodzących dziś po ulicach Wrocławia, wyrwa w przestrzeni może zmobilizować do zastanowienia nad tym, co nas otacza. Ja nazywam to „odświętnym czytaniem miasta”: idziemy i nagle zwracamy uwagę na przestrzeń, na to, jak ona się układa. Pustka staje się punktem wyjścia do refleksji – może sprowokować pytania o to, co działo się w miejscu, w którym dziś jest pusto.
Głos z publiczności (Kamil Krzywda): Ja zmieniłbym na chwilę perspektywę – zastanowiłbym się, jak współczesny Wrocław odczuwany jest nie przez nas, dziś żyjących tu wrocławian, ale jeszcze żyjących breslauerów, którzy pamiętają, jak wyglądał on przed wojną. Czy dla nich Wrocław nie jest jedną wielką pustką? Wypełnioną co prawda nową tkanką, ale paradoksalnie materializującą brak – bo wznoszące się tu budynki kompletnie nie pasują do tego, co dawni mieszkańcy zapamiętali jako Wrocław?
Głos z publiczności (Izolda Topp-Wójtowicz): Nostalgia Niemców, moim zdaniem, podobna może być do nostalgii Dolnoślązaków jadących na Kresy. To, co widzą przed sobą, przefiltrowane zostaje przez ich wspomnienia. W tych wspomnieniach oczywiście są w mieście jako całości, nie jednak idealnej w sensie struktury architektonicznej, tylko w miejscu, w którym żyli, robili zakupy, spotykali się z przyjaciółmi. W żywym mieście. Treścią tej nostalgii nie jest poczucie żalu, że Breslau już nie ma. Ona jest świadomością upływu czasu i tego, że świata, który się utraciło, nie jest w stanie przywrócić. To nie jest coś, co wymaga dopełnienia czy rekonstrukcji.