Muzeum Współczesne Wrocław, 27/05/2015
Za późno na kontestację • Białoskórnicza bez rękawiczek • A może plac Zielony? • Zwycięzca bierze wszystko • Zabawa klasy średniej • Odziedziczone „E” • Nowy produkt na rynku turystycznym • Świadomość z sieci • Mniejszość narzuca swe racje • Proteza pamięci • Poniemiecki nóż i widelec
Kuba Żary: Plac Muzealny był częścią kompleksu nazywanego Forum Cesarskim, którego osią uczyniono Pałac Królewski – w jego okolicy w XIX wieku stawiano najważniejsze obiekty miasta, takie jak Sejm Stanów Śląskich, Teatr Miejski czy właśnie Śląskie Muzeum Sztuk Pięknych. W ostatnich latach podjęto działania mające na celu rewitalizację znacznej części tego założenia – na placu Wolności powstają właśnie budynki, które charakterem odpowiadają jego przedwojennej tkance – plac Muzealny w tych planach został jednak zupełnie pominięty. Warto zadać pytanie, czy w ogóle powinniśmy odczytywać go przez pryzmat jego pierwotnej urbanistycznej funkcji, czy musimy poszukać nowego sposobu jego zagospodarowania. Jakie dzisiaj znaczenie ma Plac Muzealny?
Michał Machnikowski: Pewne zmiany, które dokonały się na Placu, są już, moim zdaniem, nieodwracalne. Symboliczna degradacja tego miejsca, która dokonała się po wojnie, a w szczególności w latach 60., przez tak długi czas nie była w żaden sposób kontestowana, że dziś jest już na to za późno. Co więcej, można zadać pytanie, do czego mielibyśmy w tym momencie odnosić szczególne znaczenia Placu. Do szkoły, do bloków go otaczających? W tej chwili w bezpośredniej okolicy po prostu nie ma obiektów, które mogłyby stać się znaczące dla użytkowników tej przestrzeni. Gdyby ponownie miała nabrać jakiejś szczególnej wymowy, to wiązać musiałoby się to z arbitralnym i sztucznym działaniem przypisującym jej znaczenie.
Kuba Żary: Zajęliśmy się Placem Muzealnym dlatego, że dobrze wpisuje się on w to, co rozumiemy po pojęciem „void”. To miejsce, które straciło swoje znaczenie, o którym dziś mało wiemy, a w praktyce na co dzień nawet go nie zauważamy. Podczas przygotowań do projektu przeprowadziliśmy wiele rozmów, z których wynikało, że mało osób wie, gdzie Plac Muzealny w ogóle się znajduje. Znacznie częściej niż miejsce, które rzeczywiście się tak nazywa, pod nazwą „Muzealny” rozpoznawano Plac Strzegomski, ze względu na rezydujące w tym miejscu obecnie Muzeum Współczesne Wrocław. Skoro ta niegdyś niezwykle żywa przestrzeń w wyniku utraty Śląskiego Muzeum Sztuk Pięknych stała się dla nas zupełnie przezroczysta, to może arbitralne działanie, o którym wspomniałeś, w pewien sposób przywróciłoby ją miastu? Może to np. właśnie tam powinna znaleźć się docelowa siedziba Muzeum Współczesnego?
Michał Machnikowski: Samo miejsce może być kuszące, bo jest bardzo blisko centrum, ale według mnie nie ma sensu na siłę wypełniać znaczeniem nazwy Placu. Po wojnie we Wrocławiu, jeśli nazwy ulic czy placów były neutralne i odzwierciedlały w jakiś sposób wymiar funkcjonalny miejsca lub jego historię, to po prostu tłumaczono je na polski. W ten sposób Museum Platz stał się Placem Muzealnym. Nie ma tam oczywiście muzeum, ale przecież na ulicy Białoskórniczej nie produkujemy już rękawiczek – nazwy nie są dziś zobowiązujące.
Kuba Żary: Oczywiście nie chodzi o to, żeby nazwie przypisać desygnat – kwestia dotyczy bardziej tego, że Plac Muzealny to przestrzeń na co dzień zupełnie dla mieszkańców transparentna. Jest wiele miejsc we Wrocławiu, które nie mają obiektów o podobnym, co Śląskie Muzeum Sztuk Pięknych, statusie, a mimo to funkcjonują w świadomości społecznej. W przypadku Placu Muzealnego coś po prostu nie działa, to rejon, który omijamy, o którym nie pamiętamy, nawet nie wiemy, gdzie leży on na mapie.
Michał Machnikowski: To prawda, dziś poza okolicznymi mieszkańcami mało kto się tam zapuszcza. W pobliżu znajdują się trasy pochłaniające ruch czy miejsca takie jak Plac Legionów, które funkcjonują jako węzły komunikacyjne. Plac Muzealny trwa w zawieszeniu gdzieś pomiędzy nimi. Nie przypominam sobie, żebym w ciągu ostatnich kilku lat tamtędy przechodził. Jeżeli jest więcej takich wrocławian jak ja, to trudno się spodziewać, żeby ktoś sobie zaczął zadawać pytanie dotyczące przeszłości Placu i jego niegdysiejszej symboliki. Próba przywrócenia mu choćby części sensu jako dawnemu miejscu symbolicznemu, wymagałaby odniesienia się do czegoś, co już nie istnieje – bo nie za bardzo dziś jest o co zahaczyć to znaczenie w sposób, który byłby naturalny i zrozumiały.
Głos z publiczności (Tomasz Gunia): Dlaczego zatem Plac Muzealny wciąż nazywa się Muzealnym? Przez ponad 50 lat PRL-owskie władze nie zmieniły nazwy, nie wybrały na jego patrona żadnego bohatera czy nie nazwały go abstrakcyjnie, choćby Placem Zielonym. Według mnie powinno to nastąpić teraz, bo Plac dawno już stracił swoją pierwotną funkcję. Chciałbym przywołać przypadek Hali, która po wojnie została przemianowana na Halę Ludową, a kilka lat temu magistrat powrócił do oryginalnej nazwy – Hala Stulecia. „Hala Ludowa” nawiązywała do ludu, czyli nas wszystkich. „Halą Stulecia” odwołujemy się z powrotem do niemieckiej historii, do setnej rocznicy wydania przez Fryderyka Wilhelma III odezwy „Do mojego ludu”.
Michał Machnikowski: Z Halą Ludową też jest problem, bo gdyby zapytał pan „przedstawicieli ludu”, to ta nazwa raczej niż ze wspólnotą obywatelską kojarzy im się z „komuną” – i nie jest to pozytywne skojarzenie…
Głos z publiczności (Tomasz Gunia): Jeśli chodzi o Plac Muzealny, to moim zdaniem powinniśmy dążyć do wymazania go z pamięci, tak jak powinniśmy dążyć do usunięcia z niej tej nieszczęsnej Hali Stulecia. II wojna światowa zakończyła się w określony sposób, ktoś ją wygrał, a ktoś przegrał, nastąpiła zmiana historyczna i wymiana ludności. Nie możemy się ciągle odwoływać do tego, co było kiedyś – musimy żyć dalej i nazywać wszystko po swojemu.
Głos z publiczności (Tomasz Głowacki): Myślę, że jesteśmy częścią historii, która cały czas ulega zmianie. Dzieje się to niemal organicznie – stare komórki obumierają, a na ich miejsce przychodzą nowe. To jest proces, któremu wszyscy podlegamy. I dlatego rzeczywiście, w zależności od naszych potrzeb tożsamościowych, ale i politycznych możemy tworzyć nazwy aktualnie adekwatne. Jest to jednak dla mnie swego rodzaju zabawa klasy średniej.
Głos z publiczności (Tomasz Gunia): Nie zgodziłbym się, że dotyczy to tylko klasy średniej – obiekty takie jak Hala Stulecia zapisane są w pamięci, funkcjonują w świadomości wszystkich mieszkańców Wrocławia.
Głos z publiczności (Tomasz Mikołajczak): Subtelnych linków, kiedy tradycja niemiecka, pruska przenika się z polską, można zaobserwować mnóstwo. Dzieje się to na kilku płaszczyznach. Jedną z nich jest kontynuacja nazwy Placu Muzealnego, która jest ewidentnym nawiązaniem – świadomym czy nieświadomym – do tej kultury. Są jednak i takie subtelności, o których przypomniała nam ostatnio profesor Agnieszka Zabłocka-Kos: czy państwo wiedzą, dlaczego na taborach zastępczych komunikacji miejskiej wykorzystywana jest litera E? Pochodzi ona od słowa „ersatz” – na początku używano niemieckich tablic, ponieważ nie było polskich. I tak już zostało.
Anka Bieliz: Michał, przywołałeś wcześniej ideę „turystyki we własnym mieście”, uznając poszukiwanie niemieckich korzeni Wrocławia za aktywność raczej powierzchowną, której częścią tylko w marginalnym stopniu jest rekonstruowanie breslauerskiej tożsamości miasta. Czy jednak nie jest tak, że po latach wymazywania przeszłości tendencja do przypominania historii Breslau po prostu musiała się pojawić, a osoby, który się tu osiedliły, muszą w którymś momencie tę historię przepracować?
Michał Machnikowski: Oczywiście są wrocławianie, którzy zupełnie szczerze i autentycznie poszukują emocjonalnej czy pamięciowej więzi z przedwojennym Wrocławiem. Myślę jednak, że nie powinniśmy oczekiwać, że stanie się to częścią doświadczenia znacznego odsetka populacji, gdyż jest to przedsięwzięcie wymagające dużego wysiłku wyobraźni i zinternalizowania tożsamości, która nie ma oczywistego nośnika. Poza nielicznymi wyjątkami, potomkami przedwojennych breslauerów, my, jako polska ludność, jesteśmy z tym miastem związani historycznie od 70 lat. W związku z tym każde nawiązanie do tego, co było tu przed 1945 rokiem, odnosi się do pewnego fantazmatu, do czegoś, co nie jest biograficznym doświadczeniem naszym ani naszych przodków. Zainteresowanie niemieckim Wrocławiem jest według mnie poniekąd – i proszę tego nie traktować wartościująco – efektem pojawienia się swego rodzaju nowego produktu na rynku turystycznym. Wreszcie można pozwiedzać coś, co oczywiście od dawna istniało, ale nigdy nie było opracowane. Można odkryć miasto na nowo – mniej więcej tak, jak odkrywa jakieś miejsce turysta, będąc w nim pierwszy raz.
Kuba Żary: Śląskie Muzeum Sztuk Pięknych czy wyburzone skrzydło Pałacu Królewskiego na co dzień w niewielkim stopniu funkcjonują w miejskim dyskursie. Są jednak i takie utracone symbole, które wciąż budzą duże emocje. Tym, który w ostatnich latach rozpalił je najbardziej, była fontanna Neptuna na Placu Nowy Targ. Kiedy Urząd Miejski ogłosił plany, by na Nowym Targu znów stanęła fontanna, w ślad za nimi pojawiło się wiele głosów domagających się powrotu Neptuna na Plac – a to już przecież pójście o krok dalej niż eksplorowanie historii czy zwiedzanie własnego miasta. Skąd bierze się tęsknota za czymś, co nie było częścią naszego kolektywnego doświadczenia, czego nawet nigdy nie mogliśmy zobaczyć – bo Neptun w ostatnich dniach Festung Breslau leżał już przecież w gruzach?
Głos z publiczności (Tomasz Mikołajczak): Odpowiedź jest prosta – jeszcze 10 lat temu nie mieliśmy internetu. A to właśnie sieć stała się potężnym narzędziem odświeżania pamięci. Świadomość historyczna, którą kiedyś zdobywałem wertując Lutha czy Hermanna w Bibliotece na Piasku, dziś jest na wyciągnięcie ręki. Głównym źródłem tworzenia się resentymentu jest łatwość dostępu do informacji. Możemy wymieniać się faktami i ilustracjami, układać je chronologicznie – internet stał się podstawowymi i egalitarnym źródłem pozyskiwania wiedzy.
Michał Machnikowski: W zrozumieniu tego dlaczego mieszkańcy, a przynajmniej ich część, odczuwa tę niezaistniałą więź, istotne są też ogólniejsze tendencje późnonowoczesnej kultury – to, co nazywa się „boomem na pamięć”, czyli zupełnie spontaniczne zainteresowanie przeszłością, śledzenie dziedzictwa, nie tylko najbliższej rodziny, ale i miejsc, grup społecznych. Zagadnieniem z tym związanym jest fascynacja autentycznością, również w pewien sposób dominanta współczesnej nam kultury. Zabawny jest kontrast dzisiejszego myślenia z tym, które przyświecało przywołanym przeze mnie architektom z lat 60. Dla nich to, że coś powstało dekady wcześniej, było kryterium zupełnie bez znaczenia. Liczyła się funkcjonalność. Jeżeli można postawić coś, co jest użyteczne i ładne według współczesnych kryteriów estetycznych, to było to uważane za lepsze rozwiązanie niż dbanie o coś tylko dlatego, że jest stare.
Głos z publiczności (Tomasz Mikołajczak): To wynika również z wartościowania architektury historyzującej. Jeszcze w latach 70. nie cieszyła się ona taką popularnością, jak dzisiaj. Historyzm, eklektyzm były postrzegane jako odtwórcza tendencja czy moda architektoniczna, w związku z czym obiektów historyzujących nie uznawano nawet za zabytki. W latach powojennych we Wrocławiu chętniej sięgano po piastowski gotyk.
Głos z publiczności (Julia Morawska): Zastanawiam się, czy ta tęsknota do Neptuna jest tęsknotą mieszkańców miasta czy raczej przedstawicieli elit i dziennikarzy.
Michał Machnikowski: Dużo w tym racji – mamy we Wrocławiu wielu aktywistów i pasjonatów przeszłości miasta, lecz cechą osób, które profesjonalnie lub hobbystycznie się czymś zajmują, często jest utrata perspektywy. Musimy mieć świadomość, że niezależnie od tego jak bardzo zaogniona staje się dyskusja na temat symboliki, to ma ona wciąż charakter elitarny. Jeżeli zapytać przypadkowo spotkanego na ulicy wrocławianina, co o tym sądzi, to najbardziej prawdopodobną odpowiedzią będzie: „Nie mam zdania”. Zaraz po wojnie, kiedy była autentyczna potrzeba narracji zawłaszczającej Wrocław jako miasto polskie, to zainteresowanie przeszłością w postaci dyskursu zaproponowanego przez władze było bez wątpienia żywsze. Dzisiaj nie należy przeceniać znaczenia debat dotyczących symboli dla ogółu społeczeństwa.
Głos z publiczności (Dominika Stryjewska): Nas, zabierających w tej sprawie głos, jest w tym mieście garstka. Jak każda mniejszość mamy niesamowitą siłę przebicia. Wiele mechanizmów psychologii społecznej pokazuje, że mniejszość bez problemu narzuca większości swe racje. To dlatego, że ma dużo więcej do powiedzenia niż reszta, która zupełnie nie ma w danej kwestii opinii – bardzo silne przekonania konfrontują się z absolutnym brakiem zdania. Historia Śląskiego Muzeum Sztuk Pięknych jest bardzo ciekawa, fajnie, że kiedyś tu było, ale tak naprawdę co ma ono wspólnego z tożsamością nas jako dzisiejszych mieszkańców Wrocławia? Padło tu stwierdzenie, że jest to przeszłość, z którą w pewnym momencie musimy się zmierzyć i ją przepracować. Czy tak jest faktycznie, że jako mieszkańcy musimy wrócić do korzeni, żeby móc iść dalej?
Głos z publiczności (Stanisław Abramik): Ja jestem potomkiem przesiedleńców ze Wschodu. Zostało bardzo mało śladów w rodzinnych wspomnieniach czy pamiątkach, jak wyglądał mój rodzinny dom, cała tamta przeszłość. Wiem, że jeden z moich krewnych miał w Warszawie kamienicę, która została zbombardowana jeszcze na początku wojny – i to właściwie tyle. Nie za bardzo mam się do czego odwoływać. Historia Breslau staje się więc dla mnie tak naprawdę pamięcią zastępczą, protezą pamięci. Tym sobie właśnie tłumaczę, skąd bierze się we mnie zainteresowanie, jaka jest przeszłość domu, w którym mieszkam i kim byli ludzie, którzy mieszkali tam przede mną. I w tym też widzę odpowiedź na pytanie, dlaczego możemy chcieć powrotu Neptuna na Nowy Targ.
Głos z publiczności: Nie zapominajmy, że poza muzeami, teatrami, gmachami użyteczności publicznej zostały tu też po prostu mieszkania. A w nich całe mnóstwo rzeczy. Ja jadłam poniemieckimi widelcem i nożem z poniemieckiego talerza obiad gotowany w poniemieckim garnku. Dla wielu z nas to właśnie jest dom, otoczenie, w którym dorastaliśmy, to, co pamiętamy z dzieciństwa. I wydaje mi się, że to zostało z nami. To jest cały czas w nas.