dr hab. Renata Tańczuk – kulturoznawca, adiunkt w Instytucie Kulturoznawstwa Uniwersytetu Wrocławskiego. Obecnie jej zainteresowania dotyczą studiów nad rzeczami, muzeami, praktykami kolekcjonerskimi oraz pejzażem dźwiękowym. Współredatorka publikacji m.in. „Do rzeczy. Szkice Kulturoznawcze” (2011), „Audiosfera miasta” (2012) oraz autorka „Ars colligendi. Kolekcjonowanie jako forma aktywności kulturalnej” (2011), „Audiosfera Wrocławia” (2014).
•
Zgłębiając temat pamięci miejskich pustek i ruin, przypomniałam sobie o pewnym osobistym doświadczeniu. W 1992 roku postanowiliśmy z mężem przeprowadzić się na stałe do Wrocławia. Moim nowym miejscem zamieszkania miał stać się blok-plomba na rogu ulic Szczęśliwej i Skwierzyńskiej. Ta część Wrocławia była mi do tej pory zupełnie nieznana – podczas studiów mieszkałam na Biskupinie, a na Gajowice zapuszczałam się tylko, żeby odwiedzić przyjaciółkę. W listopadowy wieczór przyjechaliśmy do Wrocławia zobaczyć mieszkanie, które mieliśmy kupić. Poszukiwania adresu rozpoczęliśmy od, jak nam się wydawało, właściwego miejsca – początku ulicy Szczęśliwej, to jest jej skrzyżowania z ulicą Powstańców Śląskich. Droga, którą zaczęliśmy przemierzać, zupełnie nie przypominała ulicy: mijając baraki, przechodziliśmy błotnistą, nieoświetloną ścieżką przez puste przestrzenie. Gdyby nie świadomość, w jakim miejscu znajdował się przystanek, na którym wysiadłam z tramwaju, nigdy nie skojarzyłabym tej przestrzeni z miastem, a tym bardziej z jego centrum. Ulica, przy której planowałam zamieszkać, przypominała peryferyjną drogę prowadzącą raczej z pól na obrzeża, a nie do serca miasta. Odnalezienie właściwego adresu zajęło nam dużo czasu i było dość nieprzyjemnym doświadczeniem – czułam się zagubiona, zdezorientowania i raczej przerażona niż podekscytowana perspektywą zamieszkania w tym miejscu. Ulica Szczęśliwa co jakiś czas się rwała, musieliśmy szukać jej kontynuacji, zaskakiwała nieciągłością i pustkami. Blok, w którym znajdowało się moje przyszłe mieszkanie, poprzedzony był dużym skwerem, na którym całymi dniami – jak się później okazało – przesiadywali miłośnicy taniego wina. Dzisiaj przestrzeń ta zabudowana jest kolejnym blokiem, a bywalcy placu zniknęli nam z oczu, tracąc na zawsze fragment ulicy–nie-ulicy, przestrzeń niczyją, liminalną.
Moje nowe miejsce zamieszkania mieściło się w plombie, wybudowanej w latach 70. ubiegłego wieku, która wypełniała przestrzeń po zburzonej narożnej kamienicy łączącej ciąg, chyba cudem ocalałych z oblężenia „Festung Breslau”, budynków przy ulicach Skwierzyńskiej i Szczęśliwej. To od tego właśnie miejsca, aż do ulicy Pereca, Szczęśliwa zachowała charakter miejskiego traktu. Jeszcze do dziś, pamiętając o swoich problemach z dotarciem pod ten budynek, przybywającym do nas pierwszy raz gościom podajemy bardziej szczegółowy adres: Szczęśliwa róg Skwierzyńskiej.
Historia ulicy Szczęśliwej
Ulica Szczęśliwa ma oczywiście swoją indywidualną historię. Po zdobyciu Wrocławia przez wojska napoleońskie (1807) został wydany nakaz zburzenia murów miejskich, a w roku 1808 decyzją lokalnych władz włączono w granice miasta wcześniejsze przedmieścia, również te południowe. Ich infrastruktura, szczególnie sanitarna i drogowa, była w fatalnym stanie, dlatego proces zabudowy nowych terenów miejskich przebiegał dość wolno. Dopiero powstanie linii kolejowych i dworca głównego (1857) przyśpieszyło proces urbanizacji obszaru usytuowanego na południe od Placu Kościuszki. Wkrótce główny trakt nowej dzielnicy – Kaiser Wilhelm Strasse (dzisiejsza ulica Powstańców Śląskich) wraz z przyległymi do niej terenami stała się modnym obszarem podmiejskich domów, reprezentacyjnych willi, eleganckich restauracji i hoteli.
Augustastrasse (nazwana tak w 1891 roku na cześć żony cesarza Wilhelma I, cesarzowej Augusty) była jedną z najdłuższych ulic przecinających Kaiser Wilhelm Strasse. Dziś jest chyba jednym z najbardziej wymownych świadków spustoszeń, jakie spowodowało ogłoszenie w 1944 roku Wrocławia twierdzą. Od szturmu wojsk radzieckich w dniu 21 lutego 1945 roku do kapitulacji miasta, która miała miejsce dopiero 6 maja 1945 roku, najcięższe walki toczyły się na obszarze, którego centrum znajdowało się w pobliżu skrzyżowania Augustastrasse z Kaiser Wilhelm Strasse. Okazałe dziewiętnastowieczne kamienice czynszowe, które rozciągały się od ulicy Pereca do ulicy Gajowej, legły w gruzach i jedynie kilka z nich zachowało się do dziś.

Po przejęciu Wrocławia przez polskie władze Augustastrasse została przemianowana na ulicę Szczęśliwą i chociaż z jej dawnej tkanki architektonicznej nie pozostało już prawie nic, do lat 70-tych zachowano tę nazwę dla całej jej długości. Kolejne lata przynosiły zmiany, dawny trakt cesarzowej Augusty został podzielony na ulice Szczęśliwą, Radosną, Pabianicką, Wesołą, a ostatnio, wraz z pojawieniem się wrocławskiego Aquaparku, wyodrębniono ulicę Marka Petrusewicza, na cześć słynnego wrocławskiego pływaka. Trzeba przyznać, że te emanujące optymizmem nazwy brzmią dość ironicznie w kontekście wydarzeń, które właściwie wymazały ulicę w przedwojennym kształcie z mapy Wrocławia.
Przedwojenną Augustastrasse cechowała jednolita, gęsta zabudowa. Chociaż stosunkowo szerokie jezdnie z pasami zieleni i wygodnymi trotuarami zapewniały przestrzeń dającą ulicy oddech i perspektywę, następujące po sobie kwartały tworzyły zwarty ciąg fasad kamienic, przerywany jedynie skrzyżowaniami z innymi równie ciasno zabudowanymi drogami. Trudno dziś znaleźć ulicę bardziej różniącą się od Augustastrasse niż ulica Szczęśliwa wraz z jej stopniowo przemianowywanymi odcinkami. W kolejnych powojennych dekadach pojawiały się nowe plomby, atrapy kamienic i wielopiętrowe bloki mieszkalne z wielkiej płyty, aż po wieżowiec Sky Tower i Wrocławski Park Wodny rozciągający się wzdłuż ulicy Petrusewicza. Jednak do dziś najbardziej wymownym świadkiem wydarzeń sprzed 70 lat i zaskakującym elementem krajobrazu po Augustastrasse pozostają rozległe puste przestrzenie, zupełnie nieprzystające do zabudowy dużego europejskiego miasta.
Pierwszym takim nietypowym urbanistycznie fragmentem ulicy jest odcinek pomiędzy ulicami Zielińskiego, Gwiaździstą i Powstańców Śląskich. Jeszcze kilka lat temu wręcz trudno było uwierzyć, że ta wyboista gruntowa dróżka ze stojącymi po obu stronach barakami była geodezyjnie częścią ulicy. Dopiero przy okazji budowy Sky Tower zburzono wątpliwej urody prowizoryczną zabudowę i położono asfaltową nawierzchnię, która utwierdza nas w przekonaniu, że rzeczywiście znajdujemy się na miejskim trakcie. Zabudowania południowej jego strony, szczególnie monumentalna sylweta Sky Tower, zdecydowanie jednak kontrastują z burzącą proporcje pustką strony północnej, która do dziś nie została architektonicznie przywrócona miastu i pełni rolę dzikiego parkingu.
Jeszcze silniejsze wrażenie nienaturalnego braku wywiera ulica Radosna, czyli dawna Augustastrasse na odcinku pomiędzy ulicami Powstańców Śląskich i Komandorską. Jedynie kolejny dziki parking i rozległe targowisko zdają się jakoś uzasadniać brak zabudowań czy innych elementów typowych dla przestrzeni miejskiej.

Po minięciu targowiska Augustastrasse jakby zupełnie zniknęła – oto stajemy przed otwartą bramą przejazdową wycinającą prostokątny otwór w wysokim parterze pięciokondygnacyjnego bloku mieszkalnego ciągnącego się wzdłuż ulicy Komandorskiej i wprowadzającą nas w ulicę Pabianicką, której charakter sugeruje wewnętrzną drogę osiedlową kończącą się na ulicy Ślężnej. Przestrzeń wokoło została zamknięta blokami, drzewa i krzewy znacznie ograniczają pas jezdni, wzdłuż chodnika parkują auta, całość przypomina typowe osiedle. To specyficzne zamknięcie i zagęszczenie przestrzeni sprawia, że chyba właśnie tutaj najtrudniej wyobrazić sobie dawną, przedwojenną ulicę.
Przecięcie ulicy Ślężnej radykalnie zmienia perspektywę. Wkraczamy w niedawno wyodrębnioną ulicę Petrusewicza, której południowa strona wita nas Wzgórzem Andersa, będącym z jednej strony pustą przestrzenią po stojących kiedyś w tym miejscu kamienicach, a jednocześnie jakby kumulacją wszystkich wspomnień po Augustastrasse i innych okolicznych ulicach, z których zebrany gruz utworzył to właśnie wzniesienie. Tuż obok wyłania się nowoczesny aquapark, miejsce rozrywki, które wypełniło połowę kwartału i wydaje się, że na trwałe już wpisało się w pejzaż Wrocławia. Zarówno wzdłuż południowej jak i północnej strony ulicy powstał olbrzymi, jak na miejskie wyobrażenia, parking dla zmotoryzowanych gości aquaparku, a także prywatnych przewoźników. Szczególnie strona północna wydaje się zaskakiwać przechodząc płynnie z części parkingowej w zieloną łąkę z rosnącymi tu i ówdzie drzewami i krzewami.
Ostatnim wschodnim odcinkiem Augustastrasse prowadzącym do ulicy Gajowej jest dzisiejsza ulica Wesoła, która jakby nie mogła się zdecydować czy jest ulicą w pełnym tego słowa znaczeniu, czy też zwężającą się miejscami drogą osiedlową wpisaną między dwa rzędy bloków mieszkalnych. Pomimo jednolitej i zwartej zabudowy i tutaj odczuwamy pewien rodzaj pustki, ale jej źródło jest odmienne – jest nim kilka zachowanych przedwojennych kamienic, których obecność sprawia, że wybudowane w późniejszym okresie bloki wydają się jak gdyby podkreślać brak czegoś.
Należy jeszcze na chwilę powrócić do zachodniej części ulicy Szczęśliwej, gdzie w pobliżu ulicy Pereca zachowało się kilka kamienic dających pewne wyobrażenie minionej świetności. Także tutaj wydarza się coś nieoczekiwanego – oto przy skrzyżowaniu ulic Zaporoskiej i Gajowickiej, w miejscu, gdzie teoretycznie ulica Szczęśliwa owo skrzyżowanie przecina (dziś Rondo Żołnierzy Wyklętych), na początku XXI stulecia zabudowano pusty plac rozłożystym budynkiem handlowo-usługowo-mieszkalnym, który tak skutecznie zaburza bieg ulicy, że niezorientowanym trudno odnaleźć jej dalszy ciąg w kierunku ulicy Zielińskiego.

Stara kartka pocztowa, pochodząca prawdopodobnie z przełomu XIX i XX stulecia, pokazująca okazale zabudowane skrzyżowanie ulic Zielińskiego i Szczęśliwej, ujawnia jeszcze jedną pustkę, która pojawiła się jednak już siedem lat przed oblężeniem miasta i stała się zapowiedzią późniejszych losów Breslau – w głębi ulicy Zielińskiego, nad tramwajami widocznymi przy skrzyżowaniu z ulicą Lwowską, możemy dostrzec zarys kopuły Nowej Synagogi przy ulicy Łąkowej otwartej w 1872 roku i spalonej przez hitlerowskich bojówkarzy podczas „nocy kryształowej” z 9 na 10 listopada 1938 roku. Niełatwo dziś odnaleźć współczesny pomnik upamiętniający synagogę, który został wciśnięty w kawałek wolnej przestrzeni pomiędzy parkingiem Wyższej Szkoły Bankowej i blokiem mieszkalnym.
Mnemotechniczy wymiar ruin i pustek
Puste przestrzenie na dawnej Augustrastrasse, wyrwy w jej architektonicznej strukturze odsłaniające szczątki po zniszczonych kamienicach stopniowo, zgodnie z planami urbanistycznymi, ale też za sprawą działań samych mieszkańców były zacierane, przekształcane oraz zapełniane, podlegały również procesom naturalnym. Resztki kamienic z czasem znikały z powierzchni, gruzy utwardzały nawierzchnię, a opróżnione przestrzenie po budynkach zaczęły być używane choćby jako parkingi. Puste place zazieleniły się zachęcając do przechadzek, a największe gruzowisko, dzisiejsze Wzgórze Andersa, stało się miejscem, na którym można, podziwiając panoramę Wrocławia, piknikować wraz z przyjaciółmi czy doskonalić umiejętności w skateparku. Wzgórze jest w omawianej tu przestrzeni miejscem wyjątkowym, którego naturę trudno jednoznacznie opisać – pustą przestrzeń wypełniono gruzami, resztkami zabudowy z Augustastrasse i z innych ulic. Punkt ten stał się symbolem wszystkich innych ran na ciele dawnego Breslau. Symboliczny charakter i szczególna aura, która go otacza, z pewnością sprawiła, że Wzgórze Andersa stało się obiektem politycznych praktyk upamiętniających, usiłujących przekształcić je w miejsce kreowania narracji historycznej, terenem kolekcjonerskich praktyk wydobywczych, a także tematem artystycznych prac. Warto wspomnieć, że w latach 80. XX wieku na gruzowisku miał stanąć pomnik Ziem Odzyskanych – wmurowano pod niego nawet kamień węgielny. Otrzymało ono wtedy nazwę Wzgórze Gomułki, którą w latach 90. zmieniono na Wzgórze Andersa. Potencjał mnemotechniczny wzgórza, niezależnie od działań politycznych, jest nieustannie potwierdzany przez materialne relikty, wyłaniające się z niego niezależnie od intencji. Nośność tych materialnych śladów i ich wywrotowy potencjał wobec oficjalnej polityki pamięci w PRL-u doskonale wykorzystali artyści Zbigniew Makarewicz i Ernest Niemczyk w projekcie „Muzeum Archeologiczne Festung Breslau” przygotowanym na Sympozjum Wrocław ‘70[1].
Predyspozycje mnemotechniczne są specyfiką nie tylko tego miejsca na dawnej Augustastrasse. Posiadają je również inne przestrzenie – także te wypełnione doklejonymi do dawnych kamienic blokami; wydeptane place, na których ceglany pył miesza się z okruchami porcelany; ocalałe kamienice ze szczątkami szyldów na murach, śladami po kulach, zachowanymi fragmentami dawnych elewacji. Wszystkie je można wykorzystać w praktykach upamiętniania – przypominają one o dawnym Breslau, niezależnie od naszej woli domagają się zauważenia i przywołania obrazu dawnego miasta oraz jego mieszkańców, którzy zdają się wychylać z ocalałych kamienic, zaglądając dzisiejszym wrocławianom do okien ich nowych budynków. Stanowią indeksy wojennej destrukcji miasta, ale również przywołują dekady życia wśród ruin, usuwania gruzów, zapełniania wyrw po budynkach, przekształcania pustych przestrzeni w nowe miejsca. Od dziesiątek lat Wrocław nieustanie jest placem budowy i to nie dlatego, że się modernizuje czy ma upodobanie do zmian, ale dlatego, że miasto Wrocław wciąż powstaje w zrujnowanej przestrzeni Breslau[2].

Brøjen Olsen pisał, że przeszłość [z]biera się i osadza według materialnych trajektorii, będących poza kontrolą człowieka i umyślną selekcją, tworząc niezmiernie bogatą i palimpsetową obecność, którą napotykamy każdego dnia[3]. Przeszłość – zrujnowane Breslau – materializuje się zresztą nie tylko poprzez tego rodzaju ślady. Obecna jest w chaosie zabudowań – w tym przypadku, w ciągu ulic, które tworzyły kiedyś Augustastrasse. Odnosi się wrażenie, że krajobraz tych traktów, na swój sposób nadal jest krajobrazem zrujnowanego miasta. Pustki i resztki po Augustastrasse mają potencjał stymulowania nieumyślnych wspomnień o przeszłości swojej i obcej. Jak się wydaje, szczególnie dla pierwszego pokolenia wrocławian ten potencjał może być bardzo istotny. Co więcej przestrzeń ta, będąc areną codziennego doświadczenia jej mieszkańców, w sposób bezrefleksyjny, wręcz cielesny wpisuje w ich życie pamięć o mieście, którego już nie ma. Mamy tu do czynienia z innego rodzaju pamięcią, która nie odnosi się do mentalnych reprezentacji i świadomych przypomnień. W naszej »przeciętnej codzienności« powtarzamy pewne czynności z przyzwyczajenia lub jako przypisane »instrukcje« dla motorycznych zdolności, których dostarczają nam rzeczy[4]. Olsen, podążając za Bergsonem, mówi, że nawykowe schematy praktyk cielesnych są podstawą dla pamięci nawykowej. Innej niż pamięć wspomnieniowa, która wymaga świadomego zwrócenia się ku konkretnej, datowanej przeszłości. Pamięć nawykowa jest cielesną pamięcią zachowaną dzięki praktykom powtarzania[5]. Parafrazując Olsena, możemy powiedzieć, że przeszłość zrujnowanego Wrocławia trwa przeżywana w naszej rutynie i sposobie[6] przemieszczania się przez miasto, traktowania budynków i pustych przestrzeni tak, że już nie przedstawia nam naszej [i ich tj. breslauerów – R.T.] przeszłości, ona ją odgrywa[7]. W ten sposób przeszłość, dzięki materialnym szczątkom, ale i zorganizowanej wokół pustek przestrzeni, nie jest czymś minionym, ona trwa, jest obecna. Co więcej, ponieważ mówimy tu o przestrzeni, której doświadcza się cieleśnie, którą mierzy się i pochłania własnym ciałem możemy powiedzieć, że jesteśmy z nią spleceni. Przyjęcie takiego sposobu myślenia o miejskich pustkach i ruinach sprawia, że powinniśmy zapytać, jakiego rodzaju wyzwaniem były i są one dla mieszkańców, jakie praktyki inicjowały i inicjują, jakich wypełnień się domagały i domagają, jak organizowały życie codzienne i jak były organizowane? Czy oferowały poczucie bezpieczeństwa, swobody, stymulowały do kreatywności czy wręcz przeciwnie paraliżowały, obezwładniały, powodowały doświadczenie zagubienia[8]? Jaką ofertą dla mieszkańców były pustki oraz na jakich zasadach zrujnowana, opustoszona przestrzeń była odzyskiwana i wypełniana życiem? Na ile ich długotrwała obecność sygnalizująca spustoszenie przekładała się na doświadczenie spustoszenia w życiu wrocławian? Czy o takim procesie można w ogóle mówić? Trzeba też z pewnością zastanowić się, jaki rodzaj życia społecznego został ukształtowany przez te przestrzenie i zarazem zmaterializował się w takim, a nie innym ich ukształtowaniu i wypełnieniu[9].
Wskazując na splecenie ciała i przestrzeni, podjęliśmy zagadnienie pamięci ucieleśnionej, zmysłowej. Z codziennym przebywaniem w przestrzeni wiąże się jej społeczne i kulturowe konstruowanie, stopniowe przekształcanie w miejsce, na którym nawarstwiają się znaczenia, z którym wiązane są wartości i które staje się podstawą jednostkowych i zbiorowych identyfikacji. Dla procesu identyfikacji istotne jest działanie w przestrzeni, nabywanie związanych z nią doświadczeń, co ma charakter nie tylko racjonalny, ale również emocjonalny. Powinniśmy postawić pytanie, czy puste przestrzenie, mogą zostać przekształcone w miejsca oraz czy mogą stać się miejscami pamięci i materialnymi kotwicami tożsamości?
Ruiny i pustki jako nośniki pamięci, które budują tożsamość
Wrocławskie pustki i ruiny, szczególnie te, których już dostrzec prawie nie możemy, są paradoksalnymi śladami obecności tego, co nieobecne[10] – zrujnowanego podczas działań wojennych tętniącego życiem Breslau. Przedwojenne miasto, właściwie niedostępne, głęboko zakryte, przywoływane jest między innymi w osobistym doświadczeniu za sprawą kolekcjonerskich praktyk, działań artystycznych (w tym literackich, np. twórczość Marka Krajewskiego), upamiętniających (np. tablice przypominające w danym miejscu o stojących tu kiedyś ważnych symbolicznych budowlach czy o przebywających tu osobistościach) lub archiwizacyjnych (np. internetowe strony z kartami pocztowymi, zdjęciami z dawnego Breslau, filmy[11] i wszelkiego rodzaju opracowania amatorskie, dziennikarskie i specjalistyczne dotyczące przeszłości), ale też rekonstrukcyjnych. Mimo usilnej pracy tego wymiaru nie da się już z pustek i ruin odtworzyć – w tym sensie są one figurami zapominania. Jednak ze względu na swój indeksalny charakter, ze względu na to, że zawierają i jednocześnie są szczątkami nieistniejącego, prowokują do snucia narracji o przeszłości, tworzenia obrazów minionego miasta – konstrukcji niepełnych, nieusuwalnie fragmentarycznych, a jednak tworzących zmitologizowaną często całość. Istotną komponentą tych konstrukcji wydaje się z jednej strony nostalgia za tym, czego się nie poznało, być może związana również z poczuciem, że przychodzi się zawsze za spóźnionym[12], a z drugiej próba poradzenia sobie z nostalgią za domem. W przypadku wrocławian, jak i mieszkańców innych miast przyłączonych do Polski po wojnie, praktyki motywowane przez pustki i ruiny mają charakter szczególny – są związane z „pamięcią przyswojoną”[13]. Przez „pamięć przyswojoną” rozumiem tu pewną formę pamięci przeszłości, która pojawia się, gdy w procesie budowania wspólnoty lokalnej i identyfikacji z miejscem zamieszkania niemożliwa jest wyróżniona przez Andrzeja Szpocińskiego forma pamięci, jaką jest tradycja, a więc taka, w której przeszłość jest traktowana jako nasza[14]. W przypadku pamięci przyswojonej chodzi o taki rodzaj odniesienia do przeszłości, który będzie w stanie dokonać transformacji obcej przeszłości w przeszłość swoją, zaspokoić potrzebę zakorzenienia i ukoić tęsknotę za utraconym domem – miejscem „swojskim”, znanym, przewidywalnym, bezpiecznym. W tego typu pamięci istotne jest eksponowanie podobieństwa doświadczeń, wydarzeń, wytworów, zachowań, postaci pochodzących z przeszłości i związanych z określonym miejscem; ważne jest podkreślanie podobieństwa ich przeszłości do naszej teraźniejszości. To właśnie w przeszłości, która przedstawiana jest jako taka, której uczestnikiem mógłby być każdy z nas, można się zakorzenić nawet wówczas, gdy nie jest przeszłością naszą. Emocjonalny związek z dawnymi mieszkańcami buduje się na poczuciu wspólnoty losu w przemijaniu i w zamieszkiwaniu tej konkretnej przestrzeni. Emocjonalne zaangażowanie wyzwalane jest przez np. kolekcjonowane rzeczy, przestrzeń przebywania, zamieszkania, których dawność i, co istotne w omawianej tu formie pamięci, bliskość (tj. podobieństwo wynikające m.in. z udziału w zdarzeniach zbliżonych do tych, które są naszym udziałem) jest odkrywana. Przezwyciężanie nostalgii za domem dokonuje się dzięki pogodzeniu się z własną przemijalnością, która wszak nie jest zupełna, bo poświadczona zostaje w trwaniu ulic, domów i bruków, po których kiedyś chodziliśmy i w których mieszkaliśmy[15], i przez zbudowanie specyficznej więzi z tymi, którzy tu byli wcześniej i z miejscem, w którym oni żyli, a dziś my przebywamy.

Ale wrocławskie puste przestrzenie i ruiny, wciąż niewypełnione i nieusunięte, można, podobnie jak uczynił to Bjørnar Olsen w odniesieniu do wyrzuconych, zniszczonych rzeczy, opisywać przy pomocy Benjaminowskiej kategorii „obrazu dialektycznego”, oznaczającej mgnienia czy chwile, w których przeszłość spotyka się z teraźniejszością nie w harmonii nawyku czy ideologii, ale jako nierozwiązana konstelacja, naładowane siłą pole[16]. Miejskie pustki i gruzowiska, podobnie jak zniszczone rzeczy, zwracają uwagę na napięcia pomiędzy swoją pre- lub ur- historią (używania, sukcesów, nadziei i życzeń) a posthistorią, ich losem jako rumowiska unieruchomionego w teraźniejszości[17]. Niewykorzystane pustki i gruzowiska, niewłączone w narrację historyczną ani w procesy upamiętniania przez nadanie im funkcji symbolicznych mają jednak znaczenie, dlatego że stają się potencjalnymi czynnikami zakłócenia; aktualizują one to, co zapomniane i niechciane[18], ocalają (…) zapomnianą przeszłość, nie jako dziedzictwo, przynajmniej nie rozumiane w tradycyjny sposób, lecz jako specjalny rodzaj pamięci nieumyślnej[19]. Pamięć ta może być, choć nie musi, pamięcią niewygodną, niechcianą.
Pustki i ruiny jako miejsca pamięci w mieście
Ulokowane w przestrzeni Wrocławia pustki i gruzowiska są miejscami, o których związek z pamięcią można też pytać w świetle współczesnych refleksji nad miejscami pamięci. Pojawia się tu pytanie, z jaką pamięcią związane są te miejsca i jakim rodzajem miejsc pamięci są pustki i gruzowiska. Aleida Assmann zaproponowała wyodrębnienie trzech rodzajów takich miejsc: pokoleniowych, upamiętniania i traumatycznych[20]. Być może niektóre z miejskich pustek i gruzowisk można uznać za pokoleniowe miejsca pamięci, stanowiące o ciągłości generacyjnej[21]. Nie wiem, czy rzeczywiście któraś z wrocławskich ruin czy pustek takim miejscem się stała, chociaż pierwsze pokolenie nowych mieszkańców Breslau usypiska gruzów i zrujnowane przestrzenie miasta z pewnością przywołuje we wspomnieniach.
Dla współczesnych wrocławian nie są to miejsca traumatyczne, czyli takie, których nie można interpretować w sposób afirmatywny. Assmann pisze, że o miejscach traumatycznych trudno jest opowiadać i aby to uczynić trzeba przełamać opór i społeczne tabu. Siła oddziaływania takiego miejsca bierze się z rany, która nie chce się zasklepić, a samo miejsce symbolizuje tę ranę[22]. [U]zasadnieniem dla [niego- R.T.] nie jest nadająca sens interpretacja czy normatywne odniesienie do przeszłości, ale nieustający ból i niedające się załagodzić zadrażnienie. Miejsce traumatyczne nawiązuje do przeszłości, która nie chce minąć, nie nabiera dystansu ani nie pozwala się objąć pozytywną interpretacją[23]. Być może, biorąc pod uwagę doświadczenie destrukcji miasta zamieszkania, domu, wysiedlenia, pustki i gruzowiska są dla niejednego breslauera takimi właśnie miejscami. Być może także dla wielu wrocławian wysiedlonych z własnych domów, pamiętających o swoich zrujnowanych miastach, z których tu przybyli, miały i mają one również potencjał uruchamiania ich pamięci traumatycznej.

Czy zatem pustki i gruzowiska są miejscami upamiętniania? I tak, i nie. Z jednej strony są one miejscami, które miały swoje opowieści, nazwy, w ich poprzednich postaciach zamieszkiwali ludzie, których akywność była z nimi związana. Dziś miejsca te są pozbawione tych własnych nazw, czasem zyskały nowe, a za sprawą ludzkich działań uzyskały całkiem nowy charakter. Niezależnie od tego, czy są wykorzystywane jako parkingi, place targowe, skwery, miejsca zabaw pozostają nadal miejscami zerwania ciągłości życia, historii, tradycji spełniają więc podstawowy warunek bycia miejscami upamiętniania. Aleida Assmann pisze: Miejsce upamiętniania to pozostałość tego, co przestając istnieć, zachowuje jednak pewne znaczenie. By znaczenie to nie zanikło, trzeba opowiedzieć historię, która zastąpi utracone milieu. Gdy rozpada się lub ulega zniszczeniu pierwotna egzystencja, miejsca zaczynają wymagać objaśnień: ich znaczenie musimy podbudowywać pamięcią i narracjami. (…) Przerwana historia, obecna już tylko w śladach, które pozostawiła, może mieć duże znaczenie dla nadchodzącej teraźniejszości, jeśli ta ostatnia odnajdzie w niej czy też zaakceptuje normatywny fundament swojej własnej epoki. Ruiny i relikty, które długo egzystowały jako nieobchodzące nikogo gruzy, stające się przy tym coraz bardziej niepozorne i przeźroczyste, mogą nagle ponownie zyskać wyraźne kontury, jeśli wydobędzie je z mroku uwaga współczesnych[24]. Takie wywołanie z nicości nastąpiło już w przypadku niektórych z tych miejsc. Najlepszymi przykładami są tu z pewnością Wzgórze Andersa oraz miejsce po Nowej Synagodze. Większość z nich nie stała się jednak przestrzeniami, obiektami praktyk upamiętniających, niepoddane zostały także semiotyzacji i aksjotyzacji, nie włączono ich do dyskurów pamięci. Upamiętniają one niejako mimochodem, nieintencjonalnie, raczej jako „obrazy dialektyczne” niż tradycyjne miejsca upamiętniania. Projekt „VOID” również rozpatrywać można jako działanie wydobywcze, wyświetlające znaczenie pustek i ruin w strukturze architektonicznej Wrocławia. Może być on próbą przywołania przedwojennej przeszłości miasta i dramatycznego procesu jego zniszczenia, których są one śladami, by z nich uczynić jeden z elementów fundamentu dzisiejszej tożsamości Wrocławia i wrocławian. To przeszłość nie piastowska, lecz niemiecka i wojenna, której nie udało się wymazać, ale i której wymazywać już nie ma potrzeby, miałaby się stać istotną dla współczesnej opowieści tożsamościowej.
Próba uczynienia tego typu przestrzeni miejscami upamiętniania, z jednej strony jest niezwykle trudna, bo ci, którzy są przywoływani za sprawą tych punktów są nam jednak obcy, a z drugiej efemeryczna, bo większość z nich na skutek intesywnej modernizacji miasta znika nam z oczu. Rezultatem projektu „VOID” może być więc tekstualizacja znikających pustek przekształcanych w ten sposób w miejsca upamiętniania, których nikt poza tekstem i obrazem konserwować nie będzie[25]. Dopóki jednak proces zapełnienia wrocławskich pustek się nie dokona, dopóki nie znikną resztki dawnego Breslau, miasto będzie nas, niezależnie od naszej woli, pouczało swoimi pustkami i ruinami[26].
BIBLIOGRAFIA
A. Assmann, Pamięć miejsc – autentyzm i upamiętnianie, przeł. J. Górny, [w:] A. Assmann, Między historią a pamiecią. Antologia, Warszawa 2013.
H. Bergson, Materia i pamięć. Esej o stosunku ciała do ducha, przeł. R. Weksler-Waszkinel, przekł. Przejrzał i posłowiem opatrzył M. Drwięga, Kraków 2006.
J. Gibson, The Ecological Approach to Visual Perception, Hillsdale 1986.
B. Olsen, W obronie rzeczy. Archeologia i ontologia przedmiotów, przeł. B. Shallcross, Warszawa 2013.
A. L. Stoler, „Rozkład pozostaje”. Od ruin do rujnacji, przeł. A. Rejniak-Majewska, [w:] „Widok. Teorie i praktyki kultury wizualnej” 2013, 4.
A. Szpociński, Tworzenie przestrzeni historycznej jako odpowiedź na nostalgię, „Kultura Współczesna” 2004, 1.
R. Tańczuk, Kolekcjonerskie praktyki pamięci, [w:] O kulturze i jej poznawaniu. Prace ofiarowane Profesorowi Stanisławowi Pietraszce, Wrocław 2009.
____________________
[1] Artyści wydobywali ze Wzgórza Andersa np. kawałki naczyń ceramicznych czy inne drobne przedmioty będące pozostałościami po poprzednich mieszkańcach. Cały proces dokumentowali fotograficznie, a wzniesienie nazywali muzeum.
[2] Jak długotrwałe było doświadczenie życia pośród ruin ilustruje wystawa fotografii otwarta w 2015 roku I to było możliwe…? Powojenny Wrocław w obiektywie Adama Feliksa Czelnego w Muzeum Miejskim Wrocławia.
[3] B. Olsen, W obronie rzeczy. Archeologia i ontologia przedmiotów, przeł. B. Shallcross, Warszawa 2013, s. 197.
[4] Ibidem, s. 181.
[5] Ibidem, s. 182.
[6] Ibidem.
[7] H. Bergson, Materia i pamięć. Esej o stosunku ciała do ducha, przeł. R. Weksler-Waszkinel, przekł. Przejrzał i posłowiem opatrzył M. Drwięga, Kraków 2006, s. 64-65; za: B. Olsen, W obronie…, op.cit., s. 182.
[8] Miejskie pustki można postrzegać jako zbiory ofert, Gibsonowskich akordancji (J. Gibson, The Ecological Approach to Visual Perception, Hillsdale 1986).
[9] Do zadania wszystkich tych pytań sprowokował mnie tekst Ann L. Stoler, „Rozkład pozostaje”. Od ruin do rujnacji, przeł. A. Rejniak-Majewska, [w:] „Widok. Teorie i praktyki kultury wizualnej” 2013, 4 (online: http://widok.ibl.waw.pl/index.php/one/article/view/125/19, dostęp: 6.07.2015).
[10] Zob. hasło Ślad w: Modi memorandi. Leksykon kultury pamięci, Warszawa 2014, s. 470-473.
[11] Przykładem może być bardzo duża popularność cyklu Kadry Wrocławia.
[12] A.L. Stoler, Rozkład pozostaje…, op.cit., s. 17.
[13] Na temat tego rodzaju pamięci pisałam w: R. Tańczuk, Kolekcjonerskie praktyki pamięci, [w:] O kulturze i jej poznawaniu. Prace ofiarowane Profesorowi Stanisławowi Pietraszce, Wrocław 2009, s. 33-45. Tu wykorzystuję przedstawione tam rozważania. Istotną inspiracją dla prezentowanego koncepty „pamięci przyswojonej” były rozważania A. Szpocińskiego nad „pamięcią typu przestrzeń historyczna” (A. Szpociński, Tworzenie przestrzeni historycznej jako odpowiedź na nostalgię, „Kultura Współczesna” 2004, 1, s. 59-67).
[14] A. Szpociński, Tworzenie przestrzeni historycznej…
[15] O przezwyciężeniu nostalgii pisze Szpociński w związku z „pamięcią typu przestrzeń historyczna” (ibidem, s. 66.
[16] B. Olsen, W obronie rzeczy…, op.cit., s. 258.
[17] Ibidem.
[18] Ibidem.
[19] Ibidem, s. 260.
[20] Zob. hasło Przestrzeń pamięci w: Modi memoranda…, s. 410.
[21] Ibidem.
[22] A. Assmann, Pamięć miejsc – autentyzm i upamiętnianie, przeł. J. Górny, [w:] A. Assmann, Między historią a pamiecią. Antologia, Warszawa 2013, s. 174.
[23] Ibidem, s. 174-175.
[24] Ibidem, s. 169-170.
[25] Trochę inaczej wygląda to w przypadku niektórych ruin czy śladów niemieckiej przeszłości miasta, także tych z pozoru bez znaczenia, jak szyldy, ślady po kulach, które bywają przedmiotem konserwacji, są nieraz celowo odsłanianie, aby wywołać dawnego ducha miasta.
[26] Parafrazując tu łacińską sentencję Roma quanta fuit ipsa ruina docet.