(O)ZNACZENIE PRZESTRZENI. Zbiorowe zapominanie miast

dr Michał Machnikowski – socjolog, specjalizuje się w badaniach z obszaru socjologii wiedzy i analizy dyskursu, w szczególności zainteresowany problematyką pamięci zbiorowej. Autor prac poświęconych polityce pamięci we Wrocławiu.

 

 

Burzliwe wydarzenia XX wieku, przede wszystkim II wojna światowa, przyniosły wielu polskim miastom doświadczenie pustki. Mowa tu nie tylko o pojawieniu się pustych miejsc w sensie przestrzennym, tam, gdzie uległy zniszczeniu zabudowania i inne obiekty materialne.  Takie braki łatwo można usunąć – zastępując to, co uległo zniszczeniu, nową, równie materialną substancją. Bardziej interesującą kwestią wydają się puste miejsca w sferze nazywaną „przestrzenią symboliczną”. Zniknięcie znaczącego obiektu z pejzażu miasta w wywodzie tym interesować mnie będzie o tyle, o ile wiąże się ono z zerwaniem ciągłości pewnej narracji i z unieważnieniem powiązanej z nim symboliki. Poświęcony będzie on zatem  pustce rozumianej jako szczególny stan pamięci społecznej, w którym na peryferiach intersubiektywnej pamięci użytkowników określonej przestrzeni miejskiej, utrzymuje się jedynie szczątkowa wiedza o obiektach i miejscach, których już w tej przestrzeni nie ma i których symboliczny wymiar zanikł z upływem czasu, został anulowany lub zastąpiony przez nowe znaczenie.

Cel przedstawionego tutaj wywodu jest w dużej mierze teoretyczny, ale by uniknąć nadmiernej abstrakcji, odwołam się do konkretnego przypadku zaczerpniętego z dziejów Wrocławia,  do losów gmachu Śląskiego Muzeum Sztuk Pięknych. Na jego przykładzie postaram się spojrzeć na proces powstawania miejskiego voidu jako na zjawisko zachodzące równolegle na trzech płaszczyznach: najbardziej oczywistej – przestrzennej, politycznej, a także najbardziej interesującej z punktu widzenia podejmowanej tutaj tematyki – symbolicznej. Pierwsza z nich obejmuje to, co widoczne i niewymagające dłuższego wyjaśnienia: opustoszenie, następnie stopniowy rozkład, a w końcu wyburzenie budynku i w konsekwencji opróżnienie przestrzeni. Warunkiem tego, co dzieje się w fizycznej przestrzeni, jest niemal zawsze zerwanie o charakterze politycznym. Tak samo jak umieszczenie w miejskim pejzażu nowego obiektu i przypisanie mu wyrazistego znaczenia, także odwrócenie tego porządku jest rezultatem decyzji (mogącej mieć postać świadomej bierności) podejmowanej w ośrodkach władzy. W wymiarze kulturowym dochodzi natomiast, jak już wspomniano, do unieważnienia symboliki miejsca i wykształcenia się specyficznej formy pamięci społecznej, której odniesieniem przedmiotowym jest obiekt nieodwracalnie usunięty z pola bezpośredniego doświadczenia mieszkańców miasta. Wszystkiemu przyświeca założenie, że miejsca i obiekty w przestrzeni (od oczywistych w tym kontekście, takich jak pomniki i tablice pamiątkowe, po obiekty użytkowe, takie jak budynki mieszkalne i urzędowe) mogą być nośnikami pewnych przekonań i wyobrażeń na temat przeszłości (por. Kula 2002).

3

Bogata literatura dotycząca pamięci społecznej dostarcza użytecznego w tym kontekście pojęcia „zbiorowego zapominania”, jednak to, co stanowi o jego atrakcyjności – nośność i intuicyjna zrozumiałość użytej metafory – sprawia zarazem, że wymaga ono pewnego wyjaśnienia. Wychodzę z założenia, że pamięć społeczna powinna być rozpatrywana jako zbiór zjawisk z dziedziny nie psychologii, ani tym bardziej metafizyki, ale komunikacji. Założenie to rozciąga się również na procesy określane mianem zapominania. W ostatecznym rozrachunku „zbiorowe zapomnienie” o czymś (wydarzeniu, człowieku, miejscu) jest bowiem równoznaczne z ustaniem reprodukcji, a więc komunikowania, jednej lub wielu narracji dotyczących przeszłości, w których zapominany obiekt był znaczącą figurą. Paul Connerton (2008) wyróżnia siedem rodzajów zapominania istotnych z punktu widzenia tego, co nazywa pamięcią kulturową. Nie jest to jedyna próba analizy możliwych odniesień niezwykle pojemnego pojęcia społecznego zapominania, jednak niewątpliwą zaletą propozycji brytyjskiego socjologa jest uwzględnienie bardzo różnorodnych procesów, angażujących zarówno podmioty indywidualne, jak i zbiorowe. W sugestywnej terminologii autora siedem form zbiorowego zapominania to: „represyjne wymazywanie” (repressive erasure), „zapominanie normatywne” (prescriptive forgetting), „zapominanie służące ukształtowaniu nowej tożsamości”, „amnezja strukturalna” (structural amnesia), „unieważnienie” (annulment), „zaplanowana żywotność” i „wstydliwe milczenie” (humiliated silence). Przynajmniej cztery z przytoczonych pojęć doskonale opisują to, co w społecznej pamięci polskich mieszkańców Wrocławia stało się z placem Muzealnym i znajdującym się niegdyś na jego terenie Muzeum. Zanim jednak rozwinę tę myśl, warto pokrótce nakreślić dzieje wspomnianego miejsca, celowo podkreślając jego możliwe znaczenia w percepcji przedwojennej, niemieckiej populacji, a następnie jego zniknięcie z symbolicznego krajobrazu miasta, tak aby argumentacja dotycząca zapominania i powstawania pustki stała się bardziej zrozumiała.[1]

Zagospodarowanie placu Muzealnego, obejmujące wzniesienie w jego centralnym punkcie Śląskiego Muzeum Sztuk Pięknych, można uznać za sztandarową inwestycję wrocławskiego mieszczaństwa drugiej połowy XIX wieku. Był to okres gwałtownego wzrostu demograficznego – według Davisa i Moorhouse’a (2004) w samym tylko okresie od 1871 do 1910 roku liczba mieszkańców miasta wzrosła z około 200 tysięcy do ponad pół miliona. Proporcjonalnie podnosiła się liczebność wrocławskiej klasy średniej, stanowiącej niezmiennie około 30% ludności. To właśnie sytuacja tej klasy społecznej są kluczowe dla zrozumienia historycznego znaczenia Muzeum. Wzrost liczebny oraz wzrost zamożności burżuazji, związany między innymi z rozwojem lokalnego przemysłu, sprawiał, że stawała się ona coraz bardziej świadoma swojej pozycji i odrębności w ramach lokalnej społeczności. Nie bez znaczenia był również odnotowany przez wspomnianych autorów fakt, że niemal do końca XIX stulecia miasto Breslau przez samych mieszkańców postrzegane było jako polityczna i kulturowa prowincja Rzeszy. Można zatem przypuszczać, że wymienione czynniki motywowały zamożniejszą część klasy średniej do demonstrowania własnego statusu poprzez efektowne inwestycje w przestrzeni miasta.

Z myślą o budowie Muzeum wybrano miejsce znajdujące się, na tak zwanym Przedmieściu Świdnickim, od początku stulecia będące w granicach miasta,  lecz wciąż położone raczej na jego obrzeżach, nawet pomimo stosunkowo małego dystansu od Rynku. W momencie, w którym powstawało Muzeum, w okolicy istniały już jednak istotne obiekty użyteczności publicznej, w tym gmach Sejmu Śląskiego, budynek sądu, więzienie miejskie, teatry, dworce kolejowe i efektowna Nowa Synagoga – nie można zatem uznać tej lokacji za peryferyjną w sensie funkcjonalnym. W roku 1866 miasto zakupiło od wojska działkę, na której sześć lat później wytyczono plac, jego centralną część przeznaczając pod muzeum. Zgodnie z panującymi standardami, rozpisano konkurs na projekt jego gmachu, dość niespodziewanie wygrany przez propozycję autorstwa nieznanego berlińskiego architekta Otto Ratheya. Budowę, trwającą od 1875 do 1880 roku, sfinansowała Prowincja Śląska, co wcale nie było regułą w okresie cechującym się dużą liczbą inwestycji publicznych podejmowanych przez nowopowstałe zjednoczone państwo niemieckie, co dodatkowo podkreśla lokalny wymiar przedsięwzięcia.

68

Obiekt na placu Muzealnym miał istotne znaczenie w ramach kultury mieszczańskiej Wrocławia w XIX i na początku XX wieku – patrząc z dzisiejszej perspektywy, trudno więc nie dostrzec w Muzeum swego rodzaju demonstracji siły i prestiżu lokalnej burżuazji. Gmach przeznaczony został na siedzibę instytucji, która pełnić miała funkcję reprezentacyjnego muzeum regionalnego, gromadzącego dorobek śląskiej kultury. W takim świetle zrozumiały staje się nacisk fundatorów na bogaty wystrój wnętrza czy nawiązujący do antyku styl budynku (krytykowany zresztą przez ówczesne środowisko architektoniczne). Co charakterystyczne, choć założenia konkursowe nie zawierały wytycznych co do szczegółowych rozwiązań architektonicznych, wyraźnie sformułowano oczekiwanie, że gmach muzeum powinien być „monumentalny”. Symboliczne nasycenie miejsca stało się  jeszcze większe w 1901 roku, gdy przed gmachem Muzeum wzniesiony został pomnik konny cesarza Fryderyka III, będący ostatnim pomnikiem pruskiego lub niemieckiego władcy, odsłoniętym we Wrocławiu.

Śląskie Muzeum Sztuk Pięknych spotkał gwałtowny koniec. W trakcie oblężenia w 1945 roku poza pierzeją wschodnią placu, pozostałe uległy zniszczeniu. Obiekt znajdujący się w jego centrum, natrafić można na rozbieżne opinie na temat tego, w jakim stanie znajdował się on po zdobyciu miasta przez sowieckie wojska. Budowla zniszczona została przez pożar, lecz jeśli wierzyć autorce opracowania dotyczącego architektury gmachu Muzeum, „(…) zachowało [ono] nie tylko podstawową tkankę architektoniczną, ale też sklepienia i częściowo dekoracje” (Lewoc 1994: 250). Tym samym plac Muzealny oraz stojący na nim budynek stał się jednym z licznych opustoszałych miejsc w zniszczonym przez działania wojenne Wrocławiu, podobnie jak rejon dzisiejszego placu Grunwaldzkiego, placów Społecznego i Dominikańskiego, gdzie w pobliżu straszyła pokaźnych rozmiarów ruina gmachu Poczty Głównej, ruina hali targowej przy dzisiejszej ulicy Kolejowej czy część zabudowań na Kępie Mieszczańskiej. Polskie władze nie podjęły próby remontu gmachu Muzeum i w 1964 został on całkowicie, zgodnie z prawem i za zgodą konserwatora zabytków rozebrany – po wojnie nie został mu nadany status zabytku. W latach sześćdziesiątych w miejsce zniszczonych zabudowań wokół placu stanęły bloki mieszkalne, a w roku 1969 w miejscu, gdzie dawniej stało Muzeum, otwarto Szkołę Podstawową nr 67 – typową „tysiąclatkę”, nie różniącą się zasadniczo od innych szkół wybudowanych w tym samym okresie.

2

Proces społecznego zapominania placu Muzealnego i Śląskiego Muzeum Sztuk Pięknych, a mówiąc ściślej – znaczenia, jakie było temu miejscu przypisane w przedwojennym krajobrazie lokalnej kultury Wrocławia, rozpoczął się na długo przed rozbiórką budynku. Decydującym czynnikiem nadającym  mu  dynamiki była niewątpliwie wymiana ludności, w której następstwie wspólnota kulturowa dostrzegająca w placu i Muzeum  obszar o określonej wartości symbolicznej została rozproszona, a w jej miejsce formować zaczęła się społeczność, dla której Wrocław dopiero miał się stać przestrzenią znaczącą i to w ramach zdecydowanie odmiennego uniwersum kulturowego. Nie trzeba dodawać, że napływowa ludność Wrocławia nie miała w zasadzie żadnej styczności z kodami kulturowymi naniesionymi na poszczególne miejsca w przestrzeni miejskiej przez kolejne generacje jej niemieckich mieszkańców.

Zrujnowany budynek budził niewielkie zainteresowanie nowoprzybyłych mieszkańców Wrocławia. Nie wydaje się również, by polskie władze miasta przywiązywały do niego szczególną wagę, zachowały się bowiem jedynie pojedyncze ślady jakiejkolwiek debaty lub procesu decyzyjnego dotyczącego dalszego przeznaczenia gmachu. Jednym z nielicznych wyjątków jest dość barwny artykuł w „Słowie Polskim” z dnia 18 listopada 1962 roku. Autorka Teresa Chwieduk z ironią graniczącą z wrogością odnosi się do niszczejącego gmachu Muzeum. Tekst opublikowany został, jeśli wierzyć deklaracjom dziennikarki, w odpowiedzi na listy, w których czytelnicy pytali o przyszłość niepokojącej ruiny na placu Muzealnym. Już sam tytuł, Forum Romanum, jest niekrytą drwiną z klasycystycznej bryły budynku.  Dalej  stanowisko autorki względem gmachu staje się jeszcze bardziej oczywiste:

(…) tylko złośliwości martwych przedmiotów zawdzięczać należy, iż jedna [z bomb] nie dość precyzyjnie rozwaliła koszmarny budynek muzeum przy pl. Muzealnym.

W przytoczonym artykule przedstawiona jest zwięzła argumentacja za tym, że zrujnowany budynek Muzeum nie powinien zajmować miejsca pośrodku placu, w dość zaskakujący dla współczesnego czytelnika sposób przeciwstawiająca jego ruinie walory estetyczne okolicy, a nawet odwołująca się do względów bezpieczeństwa i porządku publicznego:

Rejon PKWN bardzo ładnie odbudowano, a straszliwe gmaszysko stoi do dziś, upodabniając tę część miasta do sfałszowanego Forum Romanum.

Muzeum stoi i straszy, w sensie zarówno architektonicznym jak dosłownym, gdyż uwiły sobie tam gniazdko przeróżne męty społeczne.

To jednak nie stanowisko autorki, mogące z dzisiejszego punktu widzenia sprawiać wrażenie dość zabawnie przerysowanego, jest najbardziej interesujące w cytowanym artykule. Dalej głos zabierają miejscy decydenci, w których rękach de facto znajdowały się losy budynku.

Miejski Konserwator Zabytków, dr arch. Olgierd Czerner:

Nie umieszczałem go [budynku] na liście zabytków wrocławskich; nie uczynili tego także (…) przedstawiciele Ministerstwa Kultury (…) Prywatnie tylko mogę powiedzieć, że nie miałbym nic przeciwko temu, by znikł z powierzchni Wrocławia.

Główny Architekt Wrocławia, mgr inż. arch. Zbigniew Bodak:

Obecna wartość tego potężnego budynku (…) wynosi 3-4 mln zł. Odbudowa pochłonęłaby 40-50 mln zł, byłaby więc nieopłacalna, bo za taką kwotę można wybudować nowy piękny gmach (…) Moim zdaniem gmach należałoby zburzyć, a na jego miejscu postawić szkołę średnią. W tym rejonie nie ma gdzie jej zlokalizować. Cóż, podobno jednak istnieją opory Ministerstwa Kultury przeciwko zburzeniu starego muzeum.

Kierownik Wydziału Kultury, mgr Jerzy Nowak:

Brak nam pieniędzy na taką inwestycję, a gdyby nawet były, zdecydowalibyśmy się raczej na budowę nowego obiektu.

Wiceprzewodniczący Prezydium Rady Narodowej miasta Wrocławia, dr Mariusz Kocot:

Już dawno ta okropna pruska buda powinna była zostać rozebrana.

Autorka konkluduje, że gmach przed wyburzeniem chronił biurokratyczny impas pomiędzy lokalnymi ośrodkami decyzyjnymi, a władzami centralnymi, reprezentowanymi przez Ministerstwo Kultury. W kontekście podejmowanej tutaj tematyki  bardziej istotny jest jednak inny wniosek: z punktu widzenia osób bezpośrednio odpowiedzialnych za materialną tkankę miasta na początku lat sześćdziesiątych, gmach nie reprezentował istotnej wartości artystycznej ani symbolicznej, a racja jego istnienia rozpatrywana była jedynie z punktu widzenia ekonomii przestrzeni i miejskich finansów. Muzeum rozumiane jako znaczący element wrocławskiego pejzażu w tamtym momencie znajdowało się już od dawna w obszarze niepamięci.

Atrofia symboliki związanej z miejscem jest dobrze widoczna również w notce, która na łamach „Słowa Polskiego” pojawiła się ponad rok później, 8 lutego 1964, zawierającej informacje o planowanej rozbiórce budynku Muzeum. Sam rozmiar i lokalizację informacji, podanej w formie krótkiej notki umieszczonej pod ogłoszeniami drobnymi, można potraktować jako świadectwo rangi, jaką wrocławska społeczność przypisywała tego rodzaju pozostałościom po dawnych mieszkańcach miasta. Gmach określony jest tam jako znajdujący się w „pozornie dość dobrym stanie”, ale mimo to nie nadający się do adaptacji. Ponownie, uzasadnienie sformułowane jest w kategoriach ekonomicznych, stwierdza się bowiem, że takie przedsięwzięcie byłoby bardziej kosztowne niż wzniesienie od podstaw nowego obiektu. Równocześnie nawet tak krótka informacja zawiera cenną wskazówkę, na podstawie której wnioskować można o priorytetach miejskich władz w tamtym okresie. W ostatecznym rozrachunku okazuje się, że przeszło osiemdziesięcioletni budynek stojący na placu Muzealnym był wart tyle, ile cegły, z których został wykonany:

Prawdopodobnie uzyskana tą drogą cegła z nadwyżką pokryje koszty rozbiórki.

Przytoczone tutaj wypowiedzi, mające w opinii współczesnych uzasadniać rozbiórkę gmachu Muzeum, stanowią oczywiście tylko fragment szerszego obrazu. Wyrok miejskich władz staje się bardziej zrozumiały wówczas, gdy nakreśli się szerszy kontekst historyczny. Okazuje się wówczas, że czynników dynamizujących proces zapominania i ułatwiających podjęcie decyzji o pozbyciu się problematycznego budynku było znacznie więcej. Po pierwsze, skala zniszczeń miasta sprawiała, że na gmach znajdujący się na placu Muzealnym trudno było patrzeć inaczej niż jak na jeden z wielu zrujnowanych obiektów, stojący na jednym z licznie opustoszałych obszarów, które trzeba było zagospodarować dysponując bardzo szczupłymi środkami[2]. Co więcej, priorytet w podziale środków na renowację przyznany był i tak obiektom pochodzącym ze średniowiecza, ewentualnie niewiele młodszym. Po drugie, budynek pozbawiony był jakiegokolwiek znaczenia funkcjonalnego – od 1947 roku we Wrocławiu działało Muzeum Narodowe, a zbiory dawnego Śląskiego Muzeum Sztuk Pięknych zostały rozdysponowane pomiędzy szereg innych placówek. Po trzecie, władze znajdowały się pod nieustanną presją rozwijania tkanki mieszkaniowej i budowy obiektów użytkowych, toteż w oczywisty sposób rekonstrukcja placu w jego dawnym kształcie byłaby z tego punktu widzenia pozbawiona sensu.

6

Wreszcie, ogromną rolę odgrywał klimat ideologiczny pierwszych dekad PRL, w szczególności polityka pamięci forsowana przez władzę jako oficjalny dyskurs. Dość powiedzieć, że jednoznacznie antyniemieckie nastroje w powojennej Polsce nie sprzyjały inwestycjom w renowację poniemieckich budynków. Plac i gmach Muzeum były w świetle narracji pamięci proponowanej przez władze problematyczne z tego samego względu, dla którego były symbolicznie istotne w niemieckim Wrocławiu: stanowiły pamiątkę okresu imperialnych Niemiec, obok hitleryzmu bodaj najbardziej piętnowanego w oficjalnej historiografii Polski Ludowej. Można wskazać nawet bardziej elementarne, strukturalne uwarunkowania: ani w oficjalnym dyskursie dotyczącym przeszłości tak zwanych Ziem Zachodnich, ani w kulturze potocznej okresu PRL nie istniał wspólny idiom, który umożliwiałby upamiętnienie czy w ogóle odnoszenie się w rozwiniętej i systematycznej formie do niemieckiej przeszłości tych obszarów. Państwowa propaganda w założycielskim okresie PRL zdawała się całkowicie znosić ten problem, jako że w jej przekazie na pierwszy plan wysunęła się wszechobecna retoryka „powrotu Ziem Odzyskanych do macierzy”. Takiej polityce pamięci sprzyjały nawet zjawiska demograficzne. Do opuszczonego przez Niemców Wrocławia napływała w ogromnej mierze ludność pochodzenia wiejskiego, podczas gdy świadome kultywowanie pamięci społecznej jest przede wszystkim elementem kultury miejskiej klasy średniej i wyższej (por. Barthel 1996: 11-34). Trudno się zatem dziwić, że w powojennym Wrocławiu zaszły takie, a nie inne procesy pamięci społecznej, które poskutkowały między innymi ogólną degradacją symbolicznej wartości placu Muzealnego i przekształceniem go w puste miejsce wrocławskiej pamięci.

W okresie po 1945 roku plac Muzealny i znajdujące się na nim Muzeum sporadycznie pojawiały w opracowaniach historiograficznych i pokrewnych, w których mowa była o przeszłości Wrocławia, niemniej jednak nawet w tych przypadkach poświęcano im z reguły niewiele uwagi. W pierwszym przewodniku po mieście autorstwa Andrzeja Jochelsona (1946) nie pojawiła się w ogóle wzmianka na ich temat. Więcej miejsca gmachowi Muzeum poświęcili Karol Maleczyński, Marian Morelowski i Anna Ptaszycka (1956), określając je jako „pełne umiaru i smaku”, a więc zupełnie odmiennie niż przytaczani przez „Słowo Polskie” miejscy eksperci. W pracy Michała Komaszyńskiego Tysiąc lat Wrocławia (1960) znów miejsce to całkowicie pominięto, ale dziesięć lat później pojawia się notka na jego temat w książce Ulice i place Wrocławia autorstwa Zygmunta Antkowiaka (1970), a w roku 1978 wzmiankowane jest w zbiorze Wrocław, jego dzieje i kultura (Świechowski 1978). Jeśli chodzi o prace publikowane po przełomie 1989 roku, warto wspomnieć, że budowę i rozbiórkę Muzeum odnotowano w Historii Wrocławia w datach (Gelles 1996), a w pierwszym tomie Historii Wrocławia autorstwa Teresy Kulak (2001) znaleźć można informacje o powstaniu Muzeum i innych inwestycjach publicznych z tego okresu. U wspomnianego wcześniej Gregora Thuma (2006) znajduje się wzmianka o rozbiórce gmachu. Z kolei w najbardziej wpływowej pracy poświęconej dziejom Wrocławia, autorstwa Normana Daviesa i Rogera Moorhouse’a (2002), mimo dość obszernych informacji dotyczących przemian przestrzeni miasta w drugiej połowie XIX stulecia, plac Muzealny i Śląskie Muzeum Sztuk Pięknych nie zostają nawet wspomniane. Jest to tym bardziej zaskakujące, że to ostatnie jest wymieniane jako jedna z ważniejszych atrakcji miasta w cytowanych przez autorów przewodnikach turystycznych pochodzących z przełomu XIX i XX wieku.

14

Podsumowując to, co zostało już powiedziane na temat nieobecności placu Muzealnego w pamięci społecznej Wrocławia, warto powrócić na chwilę do refleksji teoretycznej. Brak w narracjach o przeszłości miasta odniesień do placu i Muzeum, jak również do innych pozostałości niemieckiego dziedzictwa, stanowi znakomitą ilustrację niektórych typów społecznego zapomnienia w przedstawionym wcześniej rozumieniu zaproponowanym przez Connertona. Bez wątpienia miało tu miejsce „represyjne wymazywanie”, które brytyjski socjolog definiuje jako celowe usunięcie ze zbiorowej pamięci pewnych wydarzeń, postaci i elementów dziedzictwa kulturowego. W pewnych okolicznościach może się ono wiązać ze stosowaniem otwartego przymusu, ale objawiać się może również pomijaniem pewnych treści na podstawie niejawnej selekcji, konsekwentnie eksponującej pewne wątki przeszłości kosztem innych, tak jak to miało miejsce wówczas, gdy narracja o rdzennie piastowskim Wrocławiu miała wyprzeć pamięć niemieckiej przeszłości miasta. Konieczność adaptacji napływowej ludności do życia w zasadniczo obcym mieście i potraktowania go w wymiarze symbolicznym jako „własnego” uruchomiły dwie kolejne formy zapominania: „zapominanie normatywne”, w typologii Connertona oznaczające pomijanie pewnych wątków w narracjach pamięci obowiązujące odgórnie, ale akceptowane przez wszystkie zainteresowane strony jako nieodzowne dla stabilizacji sytuacji społecznej, a następnie „zapominanie służące ukształtowaniu nowej tożsamości”. Na najbardziej fundamentalnym poziomie miała zaś miejsce „amnezja strukturalna”, a więc proces selekcji, wskutek którego zapamiętane zostają jedynie informacje istotne z punktu widzenia bieżących potrzeb pamiętającego podmiotu społecznego. W odniesieniu do sytuacji Wrocławia po 1945 roku tego rodzaju amnezja objęła znaczną część zastanego przez nowoprzybyłych mieszkańców dziedzictwa kulturowego, jako nieistotnego wobec problemów bieżącej egzystencji.

Od 1989 roku mamy niewątpliwie do czynienia z renesansem zainteresowania niemieckim dziedzictwem na dawnych Ziemiach Zachodnich. Mimo to, odniesienie do placu Muzealnego i gmachu Muzeum w pamięci społecznej wrocławian określiłbym mianem peryferyjnego i szczątkowego. Nieodzowne jest więc uzasadnienie tego dość radykalnego osądu. Przede wszystkim, jak wynika z badań przeprowadzonych w 2011 roku, opartych na wywiadach z przedstawicielami podmiotów polityki pamięci w mieście i analizie publicznej debaty dotyczącej interpretacji przeszłości miasta, interesujące nas tutaj miejsce nie stanowi istotnej figury w narracjach pamięci. Mało tego, ani nazwa placu, ani stojącego na nim niegdyś gmachu nie pojawiły się ani razu w wypowiedziach osób, które w mniejszym lub większym stopniu można określić mianem aktywistów na lokalnym polu pamięci społecznej (Machnikowski 2013).

7

Wspomniany renesans zainteresowania prusko-niemiecką przeszłością miasta dotyczy zresztą jedynie części lokalnej populacji. Można wręcz zaryzykować hipotezę, że kultywowanie ściśle lokalnej pamięci społecznej jest domeną części klasy średniej, zjawiskiem względnie niszowym w skali miasta i pozbawionym szans stania się jednym z wiodących tematów debaty publicznej, zrozumiałym i istotnym w masowej skali. Być może istnieje jednak jeszcze inna, bardziej ogólna przeszkoda utrudniająca figurom takim jak Śląskie Muzeum Sztuk Pięknych zaistnienie w miejskim dyskursie pamięci. Stosunek wrocławian, nawet tych autentycznie zainteresowanych dziejami miasta, do przedwojennego dziedzictwa cechuje swego rodzaju „spojrzenie turysty”. Celowo przytaczam tutaj termin wprowadzony przez Johna Urry’ego (2002), za pomocą którego próbuje on między innymi przeciwstawić obiektywizujące doświadczenie turystycznego zwiedzania przestrzeni, będącego wyrazem dążenia do oderwania się od rutyny codzienności, doświadczeniu przestrzeni jako nieuniknionego składnika świata życia codziennego i pracy. Innymi słowy, ponowne odkrycie pruskiej i niemieckiej przeszłości po 1989 roku otwarło przed mieszkańcami miasta możliwość stania się turystami we własnym mieście – doświadczenia czegoś nowego i w pewnym sensie egzotycznego w   najbliższym otoczeniu.

Pamięć, której przedłużeniem jest takie właśnie doświadczanie przestrzeni, siłą rzeczy odnosi się przede wszystkim do tego, co obserwowalne i namacalne, a więc do materialnego dziedzictwa etnicznie obcej kultury, które pomimo dziejowych zawirowań przetrwało w tkance miasta do dzisiejszych czasów. Narracje, które próbują w jakiś sposób odnieść się do Wrocławia już nieistniejącego, do pustych miejsc pamięci miasta, skazane są na odwoływanie się do wyobraźni odbiorców i ich zdolności abstrachowania od tego, co bezpośrednio dane – siłą rzeczy zawężając tym samym grono swoich potencjalnych zwolenników. W świetle powyższych obserwacji nie dziwi zatem, że ten nurt w dyskursie lokalnej pamięci, który próbuje skonstruować głębszą, tożsamościową więź z przedwojenną przeszłością Wrocławia, pozostaje marginalny. Czym innym jest spojrzenie na pruskie i niemieckie ślady w mieście w kategoriach ciekawostki, czym innym – potraktowanie ich obecności jako przesłanki do stworzenia nowej opowieści o sobie.

 

 


BIBLIOGRAFIA

–, –, „Słowo Polskie”, 8 lutego 1964.
Antkowiak Zygmunt (1970), Ulice i place Wrocławia, Wrocław: Zakład Narodowy imienia Ossolińskich.
Barthel Diane (1996), Historic Preservation: Collective Memory and Historical Identity, New Brunswick: Rutgers University Press.
Chwieduk Teresa, Forum Romanum, „Słowo Polskie”, 18 listopada 1962.
Connerton Paul (2008), Seven Types of Forgetting, „Memory Studies”, Vol. 1, No. 1.
Davies Norman, Roger Moorhouse (2002), Mikrokosmos. Portret miasta środkowoeuropejskiego, Kraków: Wydawnictwo Znak.
Encyklopedia Wrocławia (2001), Jan Harasimowicz (red.), Wrocław: Wydawnictwo Dolnośląskie.
Gelles Romuald (red.) (1996), Historia Wrocławia w datach, Wrocław: Wratislavia.
Jochelson Andrzej (1945), Przewodnik po Wrocławiu, Kraków: Przełom.
Komaszyński Michał (1960), Tysiąc lat Wrocławia, Wrocław: Ossolineum.
Kula Marcin (2002), Nośniki pamięci historycznej, Warszawa: DiG.
Kulak Teresa (2001), Historia Wrocławia, t.2. Od twierdzy fryderycjańskiej do twierdzy hitlerowskiej, Wrocław: Wydawnictwo Dolnośląskie.
Leksykon Architektury Wrocławia (2011), Rafał Eysymontt et al. (red.), Wrocław: Wydawnictwo Via Nova.
Lewoc Magdalena (1994), O formach architektonicznych Śląskiego Muzeum Sztuk Pięknych we Wrocławiu, w: Zofia Ostrowska-Kłębowska (red.), Dylematy klasycyzmu. O sztuce Wrocławia XVIII-XIX wieku i jej europejskich kontekstach, Wrocław: Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego, ss. 221-252.
Machnikowski Michał (2013), Dyskurs wokół polityki pamięci we Wrocławiu. Analiza socjologiczna, Uniwersytet Wrocławski, niepublikowana rozprawa doktorska.
Maleczyński Karol, Marian Morelowski, Anna Ptaszycka (1956), Wrocław: Rozwój urbanistyczny, Warszawa : Budownictwo i Architektura.
Świechowski Zygmunt (red.) (1978), Wrocław, jego dzieje i kultura, Warszawa: Arkady.
Thum Gregor (2006), Obce miasto. Wrocław 1945 i potem, Wrocław: Via Nova.
Urry John (2002), The Tourist Gaze, London: Sage.

 

____________________

[1] Krótki rys historyczny sporządzony został przede wszystkim w oparciu o prace Zygmunta Antkowiaka (1970), Magdaleny Lewoc (1994), Teresy Kulak (1994) oraz Encyklopedię Wrocławia (2001) i Leksykon Architektury Wrocławia (2011).

[2] O rozmiarach wojennych zniszczeń Wrocławia obszernie pisze m.in. Gregor Thum (2006).